słonecznikDrzwi ze skrzypnięciem zamknęły się za wychodzącym onkologiem. Siedząca na szpitalnym łóżku dziewczynka spojrzała zmrużonymi oczami w stronę swojej mamy stojącej po lewej stronie łóżka.

- Jesteś pewna, że nie chcesz rozpocząć chemioterapii?- spytała z nadzieją kobieta o lekko przypuchniętych i szklistych oczach.

- Słyszałaś, co powiedział – odparła, spoglądając w stronę zamkniętych drzwi, którymi kwadrans temu wszedł lekarz. - Szanse na wyleczenie mnie są bardzo małe, a chemia mogłaby tylko pogorszyć mój stan.

 

Kobieta usiadła na krzesełku stojącym obok łóżka i z głębokim westchnieniem zaczęła obiema dłońmi ocierać sobie twarz.

Gdy dwa lata temu po wielu badaniach dotarła do rodziców Tosi wiadomość, że oczy ich córki zaatakował siatkówczak złośliwy, dokładali największych starań, by dziewczynka miała jak najlepszą opiekę lekarską. Zapożyczyli się u rodziny i znajomych, aby opłacić kosztowną terapię w najlepszej klinice w Polsce. Po niecałych dwóch latach, gdy leczenie nie przynosiło większych rezultatów w poprawie zdrowia Tosi, dziewczynka trafiła ponownie do szpitala z nagłym pogorszeniem wzroku. Na odległość wyciągniętej ręki widziała zamglony obraz, ale już na dystans ponad metra mogła dostrzec tylko kolorowe plamy. Rak postępował coraz szybciej, a jej rodzice czuli się bezradni, nie mogąc nic na to zaradzić.

- Może warto spróbować?- ponownie zadała pytanie mama Tosi, powoli odsłaniając twarz i kładąc dłonie na sinej lewej dłoni córeczki, w której tkwił wenflon.

Na to pytanie dziewczynka nie odpowiedziała. Patrzyła rozmytym wzrokiem przed siebie. W wieku szesnastu lat czuła, że umiera i że kolejne terapie nie pomogą. Z każdym dniem robiła się coraz słabsza. Miała podkrążone oczy, kościstą twarz i bladą cerę. Najbardziej żałowała tego, że mając jeszcze tyle książek do przeczytania, już nie dostrzeże ich zapisu i nie przeczyta ich sama. Bała się śmierci. Wiedziała, że umierając w tak młodym wieku, nie odebrała jeszcze wielu życiowych lekcji. Powoli docierał do niej fakt, że jej dni dobiegają końca. Lekarze otwarcie mówili, że chemioterapia najprawdopodobniej nic nie da i może przysporzyć jej tylko niepotrzebnych cierpień.

Spojrzała w prawą stronę na stosik książek stojący na szafce. Dostrzegła swoją ulubioną książkę z brązową okładką i pozłacanym mieczem na tle cienia krzyża pośrodku niej.

- Poczytasz mi?- spytała.

Matka podniosła zdumiony wzrok, najwidoczniej nie będąc przygotowaną na takie pytanie ze strony dziewczynki. Dostrzegłszy książkę, na którą wskazywała jej córka, kobieta podniosła się, wzięła ją w dłonie i z powrotem usiadła na krześle. Otwierając na zaznaczonej przez nią wcześniej stronie, kontynuowała czytanie przerwane przez przyjście lekarza:

(…) Zbroją się poganie w saraceńskie pancerze, wszyscy prawie w potrójne druciane koszulki, wiążą na głowie wyborne hełmy saragoskie…

Przerwała i spojrzała na córkę, leżącą z przymkniętymi, zmęczonymi oczami na łóżku. Gdy dziewczynka popatrzyła na nią spod przymrużonych powiek, kobieta zaczęła czytać dalej:

Mają bogate tarcze, walenckie włócznie i sztandary białe, niebieskie i czerwone…

Tosia momentalnie zasnęła. Śniła o średniowieczu, o krucjatach, rycerzach i królach. Śniła o tym, że w pełnym rynsztunku jedzie na galopującym koniu, celując włócznią w grupę pogan.

Bitwa już prawie dobiegała końca. Siły chrześcijan zaczęły słabnąć. Pośrodku pola bitwy w zbroi stała mała dziewczynka siecząca mieczem na lewo i prawo. W wojennym transie ledwo utrzymywała się na nogach, obciążona dodatkowo pełnym rycerskim uzbrojeniem. Kiedy w jej pobliżu chwilowo nie było żadnych wrogów, usłyszała krzyki jej druha:

- Moja towarzyszko, zadmij w róg! - ostatkiem sił wykrzyczał Oliwier w stronę Tosi.

Dziewczynka spojrzała na róg wiszący u jej boku. Następnie ponownie podniosła wzrok i dłuższy czas obserwowała, jak oddziały saraceńskie powoli, ale skutecznie, masakrują jej wojsko.

- Zadmij w róg! - rozległ się ponownie głos Oliwiera.

Tosia wzięła róg do ręki i jednym szarpnięciem zerwała łańcuszek, na którym wisiał instrument, cisnęła nim mocno w krzaki i z wrzaskiem ruszyła sama na grupę pogan. W tym momencie odrzuciła jakąkolwiek możliwość wsparcia ze strony innych oddziałów chrześcijańskich. Po dłuższym czasie walki w pojedynkę poczuła ogromny ból w środkowej części pleców. Oszołomiona uklękła na ziemi, podtrzymując się mieczem opartym o podłoże. Pozostawiona samotnie przez rozochoconych do dalszej walki Saracenów postanowiła oddalić się, aby nikt nie widział jej cierpienia. Ostatkiem sił podpierając się mieczem weszła na lekkie wzniesienie niedaleko pola bitwy i usiadła oparta o wysokie drzewo nań rosnące. Starała się wziąć głębszy oddech, w oddali słyszała krzyki jej żołnierzy walczących o wiarę i w ostateczności o życie. Zdjęła zbroję, która boleśnie ocierała się o jej ranę. Powoli zaczęła zdejmować skórzane rękawice, aby ostatni raz mogła dotknąć gołymi dłońmi miecza. Odmawiając ostatnią modlitwę, patrzyła skupionym wzrokiem w niebo. Poczuła nagle, że ból ją opuszcza. Dotknęła tylnej części koszuli i zorientowała się, że materiał jest całkowicie suchy. Ponownie spojrzała w niebo, które nagle rozbłysło białym światłem. Wstała o własnych siłach, nie czując już zupelnie bólu i trzymając w ręku miecz, weszła na sam czubek wzniesienia. Uklękła i ułożywszy broń przed sobą, położyła się na niej krzyżem z twarzą zwróconą w stronę wiwatującej z radości armii pogan. Wysłuchując niebiańskich pieśni i głosów, przymknęła oczy. Poczuła się lekka jak puch, a odczuwając błogość i spokój rozpływające się po całym ciele, zasnęła snem wiecznym.

Tosia zmarła tej samej nocy we śnie. Nie miała szans z nowotworem. Lekarze stwierdzili, że cudem jest, iż w tak złym stanie dożyła szesnastu lat. Jednak po śmierci nie wyglądała na dziecko borykające się z rakiem. Jej sińce pod oczami zbielały, a kości policzkowe nie były już tak bardzo widoczne. Nawet wyraz jej twarzy nie pokazywał cierpienia, jakiego musiała doznać w ostatnich dniach swojego życia. Na jej bladych ustach nie gościł już grymas bólu, lecz delikatny wyraz spokoju i ulgi.

Została pochowana na pobliskim cmentarzu na lekkim wzniesieniu przy którym rósł wiekowy dąb. Na prośbę matki Tosi, dziewczynkę pochowano wraz z jej ulubioną książką z mieczem na okładce, którą ułożono pod jej dłońmi na klatce piersiowej.

Umarła z przekonaniem, że śmierć może być chwilą piękną, a samotna walka do samego końca może być wyrazem męstwa godnego łaski bożej.

(…) Dziś bierze koniec nasze wierne druhostwo: nim przyjdzie wieczór, rozstaniemy się; i to będzie ciężkie.