BoznańskaNieubłaganie zbliżał się koniec kwietnia a wraz z nim termin rozliczania PIT - ów. Wiosna rozkwitała w pełni, na zewnątrz ćwierkały ptaszki i kiełkowały pierwsze kwiaty, a ona siedziała zamknięta w czterech ścianach, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co znajduje się poza ekranem komputera. Jako księgowa w dużej korporacji miała w ostatnich tygodniach nawał pracy. Po całym jej domu walały się dokumenty, rozliczenia i wszystkie inne papiery, które już dawno zdążyła znienawidzić. Od rana do wieczora przeklinała więc nieustanie dzwoniący telefon, za pomocą którego zgłaszali się do niej zostawiający wszystko na ostatnią chwilę ludzie.

 

 

 

            Tego wieczoru miała wyjątkowo wiele do zrobienia, tak jakby wszyscy zmówili się, aby rozliczyć się dokładnie o tej samej porze. Dodatkowo - jak na złość - zapodziały jej się gdzieś papiery, które były niezbędne do podsumowania i zakończenia pracy. Zdenerwowana odeszła od komputera i zaczęła przetrząsać zabałaganiony pokój w ich poszukiwaniu. Było to o tyle trudne, że dookoła siebie miała mnóstwo innych rzeczy, których nie zdążyła posprzątać z powodu nawału pracy. Gdy więc po półgodzinnych poszukiwaniach doszła do wniosku, że tam ich nie znajdzie, postanowiła poszukać na strychu.

            Było to niewątpliwie najbardziej zaniedbane pomieszczenie w całym domu. Bardzo rzadko tam zaglądała, zazwyczaj tylko po to, aby umieścić na nim rzeczy, które już nie mieściły się na swoich miejscach. Strych był więc u niej zakurzonym cmentarzyskiem rzeczy zbędnych, których nigdy nie miała czasu uporządkować.

            Po prowizorycznych schodkach z pewnym wysiłkiem wdrapała się na górę domu. Gdy tylko się tam znalazła, zajął ją duszący kaszel, spowodowany zapewne nadmierną ilością kurzu. Jej irytacja sięgała już zenitu, więc nie tracąc czasu na marudzenie, rozpoczęła poszukiwania.

            Przetrząsała sterty przedmiotów, daremnie usiłując znaleźć pożądane papiery. Rzeczy, które niegdyś były dla niej bardzo ważne i nie znalazły się na śmietniku głównie przez sentyment, w tym momencie nie napotkały z jej strony żadnej reakcji. Bezlitośnie ciskała na rosnącą stertę stare zeszyty, farby, albumy ze zdjęciami, które blokowały jej dostęp do odnalezienia zguby.

            Już zupełnie zdenerwowana sięgnęła ręką po ostatnią rzecz, której jeszcze nie przewertowała. Była to duża, zakurzona teczka znajdująca się na parapecie przy małym okienku. Straciła już wszelką nadzieję, że znajdzie tam to, czego szukała, ale w obliczu desperacji postanowiła do niej zajrzeć. Jej oczom ukazały się rysunki, całkiem dobrej jakości, które niegdyś wykonała. Była to rzecz całkowicie obca w tym domu pełnym jedynie użytecznych sprzętów. Ich znalezienie zaskoczyło ją do tego stopnia że przez moment zapomniała o swej pracy i zignorowała krzyk męża, który obwieszczał jej, że znalazły się poszukiwane przez nią papiery.

***

            10 lat wcześniej końcem kwietnia, jeszcze jako uczennica maturalnej klasy, siedziała w ogrodzie, nachylając się nad szkicownikiem i albumem malarstwa polskiego. Było to dziwne zachowanie, zwłaszcza że większość jej rówieśników w tym czasie przygotowywała się do matury. Jednak dla niej zdanie egzaminu dojrzałości nie było żadnym priorytetem. Marzyła o Akademii Sztuk Pięknych, dokładniej o Wydziale Malarstwa. W rekrutacji na tę uczelnię - ku jej wielkiej radości - nie były brane pod uwagę wyniki matur; liczyły się jedynie prace. Dlatego siedząc spokojnie na trawie, wybierała z albumu obraz, którego kopie mogłaby przedstawić komisji rekrutacyjnej. Musiało być to dzieło polskiego artysty, najlepiej z przełomu XIX i XX wieku. Nie miała sprecyzowanego stylu malowania, więc zdecydowana była na pierwszą pracę, która się jej spodoba. Gdy więc przejrzała cały album postanowiła odtworzyć jedną z mniej znanych prac Olgi Boznańskiej, "Dziewczynkę przy oknie ".

            Za pomocą białej farby zagruntowała tekturę. Obraz, który wybrała nie został namalowany na płótnie. Stworzony był w orientacji pionowej i przedstawiał dziewczynkę, prawdopodobnie już nastoletnią, siedzącą na parapecie przy oknie. Jej postać umieszczona była po prawej stronie obrazu tak, jakby autorka malowała ją, stojąc dokładnie za jej plecami. Wpatrywała się intensywnie w szybę. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest to typowe dzieło rodzącego się w tym czasie impresjonizmu.

            Malowała codziennie po powrocie ze szkoły. Pomimo że do oceny miała oddać kilka prac, najwięcej czasu poświęcała owemu portretowi. To w niego włożyła najwięcej serca.

            Dziewczynka namalowana przez Boznańską ubrana była w elegancką białą sukienkę z bufiastymi rękawami, bardzo modną w tamtym okresie. W pasie przytrzymywał ją ciemny pasek, a szyję ozdabiał kołnierzyk. Włosy miała koloru rudego, upięte w schludny, chociaż dosyć wymyślny warkocz ozdobiony dodatkowo niebieską kokardą na czubku głowy. Po ubiorze można było sądzić, że to dziecko z bogatej rodziny.

            Postać ta nie sprawiała jednak wrażenia zaciekawionej widokiem, który obserwowała z okna. Rękę zaciśniętą w pięść trzymała nie na szybie, tak jak to często robią dzieci, lecz na kolanie, a oczami zdawała się błądzić. Twarz dziewczynki była pusta, smutna, zamyślona.

            Szkicując obraz zastanawiała się, dlaczego postać Boznańskiej ma taki tajemniczy, a nawet nieco przerażający wyraz twarzy. Znalazła go bowiem nie tylko w tej jednej pracy, ale prawie w każdym portrecie autorstwa modernistycznej artystki. Pierwszym uzasadnieniem, jakie przyszło jej do głowy, tego zjawiska były ramy czasowe, w których tworzyła malarka. Przełomowi XIX i XX towarzyszył bowiem dekadentyzm, nurt filozoficzny, który wręcz lubował się w przedstawianiu bezsensu świata i pesymistycznej wizji życia. Jednak stwierdzenie, że klimat obrazów Boznańskiej wywodzi się tylko z jej dekadenckich przekonań byłoby dużym ich spłyceniem. Lepszym wyjaśnieniem byłoby powołanie się na życiorys autorki. Osoby, które ją znały, opisywały ją jako człowieka wyczerpanego życiem, cierpiącego duchowe męki. Przez wiele lat cierpiała na depresję i borykała się z innymi problemami psychicznymi. Badacze upatrują przyczyny tego w jej rzekomym nieszczęśliwym dzieciństwie i trudnościach, z jakimi się spotkała jako kobieta-artystka. W tych czasach nurty emancypacyjne dopiero się rodziły, płeć piękna nie miała jeszcze pełnych praw. Te problemy, samotność i smutek można znaleźć w twarzy namalowanej przez nią dziewczynki, jej obraz byłby swoistym duchowym autoportretem malarki.

            Nadszedł dzień, w którym młoda artystka stanęła przed komisją egzaminacyjną. Była niesamowicie zdenerwowana i świadoma tego, że od decyzji egzaminatorów zależy jej przyszłość w świecie sztuki. Na długim, drewnianym stole przykrytym eleganckim obrusem złożyła teczkę ze swoimi pracami. Starszy, korpulentny jegomość o twarzy, na której malowało się wyraźne zniechęcenie, sięgnął po nią jakby od niechcenia. Nie wyglądał na typowego artystę, podobnie zresztą jak reszta komisji. Był schludnie, ale przeciętnie ubrany, w jego wyglądzie nie było nic wyróżniającego od innych mężczyzn w jego wieku, co czyniło go po prostu nijakim. Przeglądając jej prace znudzonym wzrokiem, machnął na nią ręką, co zrozumiała jako sygnał, aby zacząć o swoim dziele opowiadać.

            "Dziewczynka przy oknie", pomimo że była dziełem epoki impresjonizmu, w żaden sposób nie zaliczała się do tego stylu. Boznańska zafascynowana była bowiem nie Cloudem Monetem i jego próbami oddania na płótnie uroku chwili, a raczej Jamesem Whistlerem, amerykańskim twórcą i jego plamami pełnymi wyrafinowanych kolorów i rozmytych kształtów. Już sam fakt, że był to portret, a nie fragment krajobrazu pozbawiony jakichkolwiek odcieni czerni, skłaniał odbiorcę do zastanowienia, czy to na pewno jest dzieło tej epoki. U tej artystki można bowiem mówić o zupełnie niepowtarzalnym stylu, charakterystycznym tylko dla niej.

            Biała sukienka dziewczynki siedzącej na parapecie zawiera odcienie błękitu, fioletu, szarości, bieli i żółci, kłócąc się z rudobrązowymi włosami czy zieloną szybą otoczoną ciemnobrązową framugą i parapetem. Kolory te, choć pozornie zbyt pstrokate i do siebie niepasujące, ściśle ze sobą współgrają, tworząc nieco niepokojące wrażenia. Ta aura i smutek namalowany na twarzy dziecka mocno kontrastują z pozornie radosnymi barwami obrazu, nadając mu wyraz tajemniczości,

            Kontury postaci są bardzo rozmyte, portret nie przedstawia dokładnie każdego rysu dziewczynki, malowany jest raczej barwnymi plamami zamiast wyraźnymi kreskami. To sprawia, że nie jest to zwykłe przedstawienie danej osoby za pomocą farby. Kryje się w nim zdecydowanie coś więcej, gdyż Boznańska umieściła w nim kawałek swojej historii. Dzieło z pozoru tylko ładne i nie wymagające interpretacji niepokoi uważniejszych odbiorców. Takie wrażenia potęguje dodatkowo matowość pracy spowodowana brakiem błyszczącego werniksu i chropowatą teksturą tektury. To w jakimś stopniu pozbawiło pracę świeżości, ale w zamian za to dało jej dużo więcej.

            Opowiadając o swoim obrazie coraz bardziej się denerwowała. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że każde jej słowo jest na wagę złota.

            Namalowanie "Dziewczynki przy oknie" zajęło jej bardzo dużo czasu. Aby różnorodne, niepowiązane ze sobą kolory nie sprawiały wrażenia brudnych, trzeba było nakładać je warstwa po warstwie, małymi pociągnięciami pędzla. Należało czekać, aż porcja farby wyschnie, aby nie pomieszała się z następną. Takie drobne muśnięcia dawały pracy czystość, bardzo trudną do uzyskania przy takiej różnorodności barw. Tworzyły atmosferę przemijania, która idealnie komponowała się ze smutnym wydźwiękiem obrazu.

            Boznańska stworzyła swój niepowtarzalny styl, którego nie można podporządkować pod żaden z malarskich nurtów. W portrety, które malowała włożyła kawałek swojego życia, a że każde ludzkie istnienie jest inne, jej prace stały się jedyne w swoim rodzaju.

            Gdy skończyła mówić, wzięła głęboki oddech, bo z nerwów zapomniała, że musi oddychać. Egzaminatorzy spojrzeli na nią uważnie. Wymienili szeptem kilka uwag i po krótkiej, zbyt krótkiej chwili, spojrzeli na nią gotowi ogłosić werdykt. Zamarła w oczekiwaniu na opinie egzaminatorów. Usłyszała jednak tylko następujące słowa:

- Panienko, tak się w tych czasach nie maluje.

I oddając jej teczkę, pokazano, w którym kierunku należy iść, aby trafić do wyjścia.

 

***

            Siedząc w stercie kurzu, gładziła ręką "Dziewczynkę przy oknie", pracę, dzięki której miała zostać zawodową malarką. Gdy 10 lat temu nie przyjęto jej na ASP, nie zaprzestała wprawdzie malowania, ale szybko spostrzegła, że bez dyplomu ukończenia uczelni wyższej nikt nie zwróci uwagi na jej prace. Farby i stare obrazy schowała więc na strychu i złożyła papiery na studia ekonomiczne - według opinii publicznej: przyszłościowy i dobrze rokujący kierunek. Od tego czasu sukcesywnie umierało w niej zamiłowanie do sztuki, wrażliwość na otaczający świat, chęć namalowania rzeczywistości, podzielenia się tym, co widzi. Z każdym rokiem stawała się coraz bardziej zamknięta, perfekcyjna, chłodna. Z dawnej, ambitnej i wrażliwej artystki nie zostało praktycznie nic.

            Analizując dokładnie każdy kawałek swojej pracy, zapomniała już kompletnie o stercie zagubionych papierów. Zdawała się nawet nie słyszeć dzwoniącego nieprzerwanie telefonu.

            Przypominała sobie powoli historię Boznańskiej - wybitnej artystki zniszczonej przez wspomnienia tragicznego dzieciństwa, pełnej nałogów kobiety, która pomimo iż za życia zakosztowała sławy, nigdy nie była szczęśliwa. I co ciekawe, to właśnie dzięki tym wspomnieniom i uczuciom, które zdołała uchwycić w swoich pracach, znana jest po dziś dzień.

            Zapomniawszy już zupełnie o czekającej ją pracy, wzięła obraz pod pachę, odszukała pudełko z farbami, kilka pędzli i przeniosła je do pokoju. Gdy tylko skończyła rozliczać ostatni PIT, zaczęła malować. Po kilku tygodniach pracy namalowała obraz, który po dziś dzień uznawany jest za jedno z wybitniejszych dzieł swoich czasów.