Osiecka

"Ale myślę: cuda powstają chyba tam, gdzie i muzyka - w ludzkim sercu."
~ Maria Kuncewiczowa, "Cudzoziemka"

 

Są miejsca osnute marzeniami jak najszybszych powrotów. Są ludzie połączeni wyjątkowo słonymi łzami pożegnań. Są piosenki niezwykłe, pozbawione terminu ważności. Piosenki, które, choć słyszane tysiące razy, z każdym kolejnym zdają się brzmieć całkowicie inaczej. Piosenki ponadczasowe. Niepokojąco wyrafinowane w swej prostocie, a zarazem skromne w posiadanym zasobie bogactwa. Utwory minionych dekad, które nie ulegają przedawnieniu - ich uczucie żyje do dziś i zachwyca, niczym zatopione w bursztynie owady. Pod wieloma względami można porównać je do eksponatów zaklętych za szklanymi witrynami czasu. Wielokrotnie wyjmowane i odkurzane, szczególnie przez młodych wokalistów pragnących zaprezentować swój talent na różnych przeglądach i konkursach. Jednak ich ciężar są w stanie udźwignąć tylko najbardziej zdolni, ponadprzeciętnie wrażliwi i pewni siebie artyści. Jedno z głównych miejsc na stałej ekspozycji muzycznych skarbów narodowych, zajmuje dorobek najsłynniejszej poetki polskiej piosenki, mianowicie Agnieszki Osieckiej...

À propos Osieckiej...  Sobotni wieczór. Drzwi Promu Kultury na warszawskiej Saskiej Kępie zdobi ognistoczerwony, rzucający się w oczy plakat. Oprócz szokowania podobizną kobiety w kapeluszu z zamaszyście namalowanym wąsem, informuje on o planowanym koncercie Marcina Januszkiewicza. ,,Osiecka po męsku”. Tak brzmi tytuł płyty zawierającej starannie wyselekcjonowany tuzin utworów, do których teksty napisała wyżej wspomniana mistrzyni pióra. Nie dość, że Osiecka została uhonorowana wąsem, to zespół pięciu mężczyzn z Januszkiewiczem na czele, zwykł występować w biało czerwonych sportowych koszulkach z jej nazwiskiem. Skazana na sukces, doskonale zaplanowana polemika z tradycją poezji śpiewanej, czy godny kompromitacji chwyt marketingowy? Najwyższy czas się przekonać.

Niewielka scena w kącie sali, bezładna konstrukcja przestrzenna utworzona z krzeseł, kilka reflektorów i jeden mikrofon. Powitalne brawa, chwila skupienia i wtem, ni stąd, ni zowąd zaczyna dziać się magia. Wszystko dookoła znika, wszechświat kurczy się do rozmiarów zasięgu wzroku i sennego blasku neonowych reflektorów. Czas ulega przedziwnej deformacji - jednocześnie zatrzymuje się i pędzi niemalże z prędkością światła. Pierwszy dźwięk generuje dreszcze, które, jak domino, rozprzestrzeniają się po zastygłej w bezdechu sali. Melodia, słowa i emocje przeplatają się, tkając w upojnej harmonii nieoczywiste, lecz niezwykle przekonujące obrazy czystego piękna. Zgrabne dłonie muzyków z lekkością chwytają skaczące po pięciolinii nuty. Struny gitar, wprawione w bezbłędnie wyważone drżenia, romansują z finezyjnym tańcem smyczka skrzypiec. Galop opuszków palców po biało-czarnej tafli pianina dopełnia czysty wieloskalowy wokal.  Zaskakująco trafione i zintegrowane w każdym calu tonacje. Doskonały przykład starożytnego ideału liryki. Energia, charyzma i talent nie do podrobienia. I chociaż panowie grają na bis, to pozostały niedosyt i żal, wraz z echem gromkich oklasków niechętnie ściągają nasze dusze z powrotem na ziemię.

Prawdziwe emocje płynące prosto z serca i zaszklonych, bądź łobuzersko roześmianych oczu Marcina, oraz mistrzowski popis jego niebywałych umiejętności wokalnych, nie pozostawiały wątpliwości, że wiedział, co robi, puszczając oczko do Osieckiej. Na najwyższe słowa uznania zasługuje również cały zespół niewiarygodnie utalentowanych muzyków : Jacek Kita, Łukasz Czekała, Bartek Alber i Piotr Domagalski, którzy współtworzyli tą magiczną, niepowtarzalną aurę koncertu.

Bez wątpienia każdy, kto doświadczył przyjemności uczestniczenia w tej uczcie zmysłów, przyzna, że gdzieś między tętniący w skroniach rytm a drżące myśli, wkradł się duch uśmiechniętej pod wąsem, dumnej, może nawet i rozmarzonej Agnieszki Osieckiej.

Sumaryczny czas wstrzymania oddechu, ilość połkniętych bądź wytartych po kryjomu łez, poziom fizycznego znieczulenia pozwalający doszczętnie zapomnieć o bólu pleców powodowanym przez drewniane oparcia krzeseł, ilość wykupionych biletów, długość trwania owacji... Myślę, że nie sposób, aby wybrać jedno słuszne kryterium, które pozwalałoby na rozpoznanie prawdziwie dobrego koncertu. Jednak to, co najbardziej urzekło mnie po dwukrotnym usłyszeniu na żywo repertuaru ,,Osieckiej po męsku", to niezwykła oryginalność oraz ciągła świeżość akompaniamentu i interpretacji tych samych utworów. Co więcej, jestem przekonana, że wraz z każdym kolejnym razem, tych pięcioro wspólników Osieckiej, zaskoczy swoich słuchaczy czymś zupełnie nowym i nieoczekiwanym.

Byłam dwa razy. Pójdę po raz kolejny, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Bowiem przekonałam się, że nikt tak nie spłaca kredytów zaufania jak Marcin Januszkiewicz i jego zespół. A ponadczasowa mądrość uwolniona z wyśpiewanych utworów, niosła moje myśli przez całą drogę powrotną do domu i  do tej pory pobrzękuje w roztrzęsionych zakamarkach duszy.

"Złamałaś mi serce, ale to nic..."

Zofia Dobrowolska