Ptaki wylatujace z rekiPrzedstawiamy fragmenty trzeciej z prac literackich, którą nagrodzono w Szkolnym Konkursie Artystycznym. Jej autorką jest Aleksandra Bogacz z klasy III "a". 

 

11 dzień listopada jest w naszej rodzinie szczególną datą. To w tym dniu w 2015 r., w dniu Narodowego Święta Niepodległości odszedł na wieczną służbę do Pana brat mojego dziadziusia Ludwika Bogacza, Kazimierz Bogacz ps. „Bławat” podpułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku, żołnierz Armii Krajowej, tarnobrzeżanin.

Urodził się w 1914 r. jeszcze pod zaborami, w Ocicach, dzisiejszym osiedlu Tarnobrzega. Dane mu było dorastać w wolnej Polsce, uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnobrzegu, gdzie w 1933 r. zdał maturę.

W stopniu podporucznika Wojska Polskiego był uczestnikiem polskiej wojny obronnej września 1939, dostając się do niewoli radzieckiej, z której zbiegł. Wszyscy jego koledzy, którzy dostali się do niewoli sowieckiej zostali zamordowani w lesie katyńskim.

W okresie okupacji hitlerowskiej działał w ramach struktur Armii Krajowej, a jego grupa bojowa brała udział w szeregu akcji dywersyjnych na terenie Tarnobrzega i okolic. Po rozbiciu przez Urząd Bezpieczeństwa w październiku 1944 roku jego oddziału, udało mu się uniknąć aresztowania.

4 listopada 1944 roku w pojedynkę dokonał rozbicia więzienia Urzędu Bezpieczeństwa w Tarnobrzegu i uwolnienia swoich 15 podkomendnych, którzy mieli zostać wysłani na Sybir.

W październiku 1946 roku został zatrzymany przez funkcjonariuszy katowickiego UB i do marca 1947 roku przebywał w katowickim więzieniu. Skazany został na sześć lat pozbawienia wolności, wyrok odbywał w Rzeszowie, Przemyślu i Raciborzu. Na wolność wyszedł w grudniu 1953 r.

Należał do pokolenia wychowanego w głębokim patriotyzmie. Znał wielu wspaniałych Polaków tego pokolenia, w tym Władysława Jasińskiego ps. „Jędruś”, dowódcę legendarnego oddziału partyzanckiego Jędrusie oraz majora Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora”, który dzisiaj jest jednym z symboli Żołnierzy Wyklętych. Przeżył wszystkich swoich oprawców, i tych hitlerowskich, sowieckich i ubeckich. Żył 102 lata, wierny do końca przysiędze wojskowej.

Brat mojego dziadka na każdym kroku powtarzał, że przeżył te wszystkie lata dzięki opiece Matki Boskiej Dzikowskiej, do której żarliwie modliła się ich mama, a moja prababcia. Wierzymy wszyscy, iż data jego odejścia, w dniu Narodowego Święta Niepodległości jest nieprzypadkowa. Opatrzność uznała, iż w tak ważnym dla niego dniu powoła go do siebie, gdyż wypełnił swoim życiem słowa przysięgi z patentu oficerskiego „gotów będę wszystko poświęcić KU DOBRU i CHWALE OJCZYZNY.”

Mój dziadziuś Ludwik Bogacz urodził się 17 czerwca 1930 r. Miał dziewięć lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Przeżył koszmar okupacji hitlerowskiej. Do dziś w domu rodzinnym są pozostałości po serii z karabinu maszynowego gestapowców, którzy dokonywali rewizji i w brutalny sposób przesłuchiwali rodziców dziadziusia i stryja Kazimierza. Już jako trzynastoletni chłopiec mój dziadziuś został zaangażowany przez starszego brata, Kazimierza Bogacza ps. „Bławat”, do pracy konspiracyjnej. Był kolporterem gazetki podziemnej „Odwet”. W swoim tornistrze nosił kolejne wydawane numery gazetki do Tarnobrzega. „Dla mnie największym wzorem był zawsze brat Kazik” – tak mówi mój dzidziuś Ludwik. I podobnie jak brat Kazimierz poświęcił młode lata na walkę o wolną i niepodległą Polskę. Dlatego też, gdy w tarnobrzeskim gimnazjum po tzw. wyzwoleniu została zawiązana organizacja niepodległościowa Młodzieżowy Ruch Oporu, nie zawahał się do niej przystąpić. Dzieje tej organizacji są prawie nieznaną kartą historii naszego regionu. Historia tej organizacji jest pasjonująca, a zarazem tragiczna. Tragiczna, bo dotknęła bardzo młodych ludzi, moich rówieśników. Tragiczna zwłaszcza dla rodziny mojego dziadka, gdyż oprócz mojego dziadka, za przynależność do MRO skazany został na rok więzienia brat bliźniak, Stanisław. Z czterech synów moich pradziadków, trzech w tym samym czasie przebywało w więzieniach. Według nowej „ludowej” władzy byli „zaplutymi karłami reakcji”. A oni tylko spełniali swój patriotyczny obowiązek. I dzisiaj, w tym szczególnym dniu, w dniu Narodowego Święta Niepodległości, tym wszystkim tarnobrzeżanom, którzy nie zawahali się służyć ojczyźnie w potrzebie, należy się wdzięczność za ich walkę i wiarę w wolną Polskę, w której my młodzi ludzie dziś możemy żyć, z dumą mówiąc, że ich życie i poświęcenie nie poszło na marne. Dzięki Nim możemy znowu po 40 latach wymazywania przez władzę ludową tej daty z historii Polski, godnie obchodzić Święto Odzyskania Niepodległości.

Oto fragment wspomnień mojego dziadziusia Ludwika z okresu jego lat młodości. Nam, młodym ludziom, może pozwoli wyobrazić sobie, jak nasi rówieśnicy, uczniowie tarnobrzeskiego Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnobrzegu pojmowali słowo „patriotyzm”.

Ze wspomnień Ludwika Bogacza

Był maj 1949 r. W tym czasie mój starszy brat Kazimierz był już przesłuchiwany i więziony za działalność w AK i WiN. Za namową szkolnego kolegi, Kazimierza Warchoła podjąłem decyzję (jak się później okazało zmieniającą całkowicie moje dotychczasowe życie) o przystąpieniu do młodzieżowej, konspiracyjnej organizacji niepodległościowej pod nazwą „Młodzieżowy Ruch Oporu”. Obaj byliśmy w ostatniej klasie przedmaturalnej Liceum Ogólnokształcącego imienia Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnobrzegu. Motywem i celem przystąpienia do MRO była walka o Polskę niepodległą i suwerenną oraz walka z ustrojem komunistycznym. W pamięci naszej wciąż żywe były akcje AK-owców i innych oddziałów partyzanckich, działających na terenie Rzeszowszczyzny. Szczególnie żywa była postać „Zapory”, głośno było jeszcze o „Tarzanie” i o rozbiciu więzienia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tarnobrzegu przez mojego starszego brata, porucznika Kazimierza Bogacza „Bławata”.

Wzmagający się terror stalinowski, niszczenie polskości, walka z Kościołem, zdejmowanie krzyży w szkołach i szpitalach utwierdziły mnie w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji.

Ważnym motywem dla mnie był też fakt, że autorytetami w organizacji byli: harcmistrz Gerwazy Stypa – komendant Hufca ZHP, rozwiązanego w 1948 roku, ksiądz Piotr Szado – katecheta, oraz wielka postać tarnobrzeskiego liceum profesor Helena Zaleska – moja nauczycielka języka polskiego.

W październiku nastąpiła dekonspiracja organizacji przez zdrajcę, jednego z członków MRO i skutkiem tego nastąpiły aresztowania. 20 października 1949 roku, jako 19-letni chłopak zostałem aresztowany i przewieziony do tarnobrzeskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, dzisiaj budynek przy ulicy Mickiewicza, na wprost byłego internatu Liceum. Piwnica, w której przebywałem była zimna, zawilgocona i zagrzybiona. Stęchlizna i odór nigdy nie wietrzonej celi sprawiły i w znacznym stopniu potęgowały przygnębiający nastrój. Za łóżka robiły zbite z desek prycze. W piwnicach tych było 5 cel, z których jedna była to tzw. ciemnica służąca do dodatkowego karania „niepokornego” aresztanta. Przesłuchania odbywały się najczęściej nocą, na II piętrze budynku UB, często z użyciem siły. Wszystkie cztery cele były tak przepełnione, że po dwóch spaliśmy na jednej pryczy. Śledztwo 15-to osobowej grupy MRO trwało prawie do końca maja 1950 roku. Proces członków MRO podzielony był na dwie grupy i był procesem pokazowym zorganizowanym i przeprowadzonym przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie. Proces odbył się na sesji wyjazdowej w Tarnobrzegu, w sali obecnie Tarnobrzeskiego Domu Kultury, w dniach 22 – 26 maja 1950 roku. Wielu mieszkańców Tarnobrzega oglądało żałosny spektakl, zorganizowany przez tzw. władzę „ludową”.

Prokurator oskarżył mnie za to, że: „wszedłem w porozumienie z założycielem zbrodniczego związku MRO i innymi jego członkami, w celu podjęcia akcji zmierzających do obalenia ustroju Państwa Polskiego.”

Za przynależność do organizacji MRO Sąd Wojskowy orzekł i skazał mnie na karę:

  • dwóch lat więzienia,
  • pozbawienia praw publicznych, obywatelskich i honorowych na okres jednego roku, oraz
  • przepadek całego mienia – to akurat było dla mnie najmniej bolesne bo całe moje mienie miałem na sobie.

Pozostałych 14-tu członków MRO zostało skazanych na karę od jednego do czternastu lat więzienia. Jawna rozprawa pokazowa nie przyniosła oczekiwanych efektów propagandowych, bo wszyscy oskarżeni zachowali się godnie i odważnie. W mowie końcowej prokurator powiedział, że sądzona piętnastka zasłużyła na bardziej wyższe kary, gdyż zasądzone wyroki nie zrekompensowały strat, wyrządzonych młodemu państwu polskiemu.

Po zakończonym procesie całą naszą piętnastkę wywieziono do karno-śledczego więzienia na „Zamek” w Rzeszowie. Więzienie na „Zamku” w Rzeszowie była to dawna rezydencja Lubomirskich, otoczona głęboką fosą i wysokim murem. W czasie pobytu, najeżona wieżyczkami strażniczymi. W każdej celi przebywało po kilkunastu więźniów. Po miesięcznym pobycie w Rzeszowie, wraz z kilkoma członkami MRO przewieziono mnie do więzienia w Przemyślu. Wśród współwięźniów w celi siedział też proboszcz parafii Tryńcza k. Rzeszowa ksiądz Kułak w podeszłym wieku. Skazany był za to, że na wieży kościelnej UB znalazło ukrytą broń. Był on dla nas wielkim wsparciem duchowym i pomocą w niedzielnych modlitwach. Po również miesięcznym pobycie w przemyskim więzieniu, ponownie przewieziono ale już tylko część naszej grupy do Rzeszowa na „Zamek”. Następnego dnia, pociągiem powieziono nas w „nieznane”.

W lipcowy poranek 1950 roku wyprowadzona została z rzeszowskiego „Zamku” kilkudziesięcioosobowa kolumna więźniów, otoczona gęstym konwojem żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik dzisiejszej policji wojskowej).

Poprowadzono nas na stację kolejową w Rzeszowie. Na stacji stały już specjalne wagony, tzw. „więźniarki”. Każdy wagon składał się z superatek jednoosobowych, do których upychano nas po czterech więźniów. W takich warunkach jechaliśmy kilkanaście godzin. Nikt z nas nie wiedział dokąd jedziemy. W wyniku nadmiernej ciasnoty byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni. Wreszcie pociąg zatrzymał się na stacji kolejowej. Zobaczyliśmy przez deski w wagonie napis WRONKI.

Po wyjściu z pociągu uformowano nas w kolumnę czwórkową i poprowadzono nas we wskazanym kierunku, otoczeni kordonem żołnierzy KBW. Po kilometrowym marszu zobaczyliśmy ogromny kompleks czerwonych budynków z czerwonej cegły, o typowo krzyżacko-pruskiej architekturze. Przed nami widniał wielometrowy mur, okalający kompleks budynków, ze sterczącą ku niebu wysoką wieżą. 

Wprowadzono nas niemal forteczną bramą, na obszerny dziedziniec przed największym pawilonem. Od tej chwili wszystkie wydawane polecenia i rozkazy musieliśmy wykonywać w biegu, aby oszołomić i zdezorientować więźnia. Przed nami stanął łukowato uformowany długi szereg strażników, nazywanych w więziennym żargonie „klawiszami”, a przed każdym z nich stanął więzień. Po chwili padł rozkaz „Rozbierać się do naga i wyłożyć z worka zawartość”. Strażnicy rewidowali odzież, obmacując nawet szwy ubrania.

Po skończonej rewizji całkowicie nago biegliśmy w głąb korytarza po posadzce pomalowanej w białe i czarne pasy. W korytarzu byli ustawieni w dwóch szeregach „klawisze” tworząc jakby ulicę dla biegnących więźniów. W czasie tego biegu nie szczędzono nam kopniaków, bito nas po gołych plecach. Pawilon, do którego nas pędzono wybudowano w kształcie krzyża i dzielił się na cztery skrzydła. Na skrzyżowaniu skrzydeł wymalowany był wielki orzeł bez korony. Za nadepnięcie na niego czekała kara w postaci kopniaka. Pędząc biegiem po drewnianych schodach na II-gie piętro skrzydła „B”, wpadłem do celi, do której przed chwilą wbiegli moi najlepsi przyjaciele z MRO: Edward Busz, Marian Dziewic i Marek Geneja. Po wbiegnięciu jeszcze trzech następnych kolegów „klawisz” zamknął celę, otwierając następną.

Po dwóch latach pobytu we Wronkach, 13 lutego 1951 roku otwarto przede mną forteczną żelazną bramę więzienną. Od tej chwili zakończył się mój pobyt w złowieszczych murach Centralnego Więzienia Karnego – Wronki. 20 października 1951 roku, po odbyciu pełnego wyroku wyszedłem na WOLNOŚĆ.

Miałem 21 lat.