The Joker on GothamTen tekst to krótka charakterystyka jednej z najbardziej lubianych przeze mnie postaci, Jokera, i znaczenia Arkham Asylum. Oparte na uniwersum DC Comics. Interpretacji Jokera jest mnóstwo, zaczynając od komiksów, na filmach kończąc. Każde wydanie wnosi coś nowego, zachowując przy tym fundamenty tej postaci. Przejrzałam wiele z nich i temat podszedł mi do tego stopnia, że sama pokusiłam się o pracę inspirowaną.

DZIECKO ARKHAM

Ludzie lubią widzieć świat zgodny ze swoim systemem wartości. Uważają, że ich wizja jest jedyną słuszną, tą najwłaściwszą. Czują się dobrze w towarzystwie osób, które wyznają podobne zasady. Próbują wpajać je innym, ponieważ uważają je za dobre.

Wartością, którą Joker cenił najbardziej, był chaos. Nieokiełznany, niczym nieograniczony chaos. On sam był chaosem w najczystszej postaci. Żadna myśl krążąca po jego głowie nie pasowała do reszty, przeplatały się między sobą, mieszały, tworzyły niespójną wizję, w której on sam się gubił, więc przekształcał świat na swój sposób. Chciał, żeby każdy jego element był mu podobny. Był bogiem, który stawiał Gotham od nowa.

I widział, że wszystko, co stworzył, było dobre.

Było chaosem, cierpieniem, obłędem. Wciągał stopniowo całe miasto w wir szaleństwa. Każdy mieszkaniec Gotham City choć raz pomyślał o Jokerze i się bał. Bali się wszyscy, ponieważ nikt nie umiał przewidzieć jego następnego ruchu, bo jak przewidzieć kroki takiego szaleńca działającego bez żadnego wzoru.

Głowa Jokera w rzeczy samej była chaosem.

Miał opinię wariata i tym właśnie był, lecz za tym szaleństwem niektórzy dopatrywali się geniuszu. Człowieka tak genialnego, że sam nie nadążał za swoim intelektem i zwariował. Teorii krążyło wiele, lecz ta konkretnie miała w sobie ziarenko prawdy, ponieważ nieważne jak chaotyczne i przypadkowe wydawały się działania Jokera, nie były głupie. Śmiałe, ryzykowne, ale nie głupie.

 

***

Stary zegar na popękanej ścianie zdawał się przebijać przez szumy panujące w pomieszczeniu. Skupiał jego uwagę. Arkham Asylum było martwe. Tik-tak.

Nie dlatego, że nikt tutaj nie mieszkał, bo mieszkał przecież i to licznie. Nie dlatego, że panowała tutaj grobowa cisza, bo było głośno i to bardzo. Było martwe, ponieważ szaleństwo zdawało się przesiąkać wszystko i wszystkich, którzy się tutaj znajdowali. Wyniszczało lekarzy, doprowadzało do obłędu strażników, zaślepiało pielęgniarki. Było jak smród dymu papierosowego wnikający trwale i nieodwracalnie we wszystko. Ściany budynku, ludzi, sale. Szaleństwo było jak powietrze, wszyscy tutaj nim oddychali i wszyscy truli się nim, popadając w nie coraz głębiej, choć starali się to ukrywać.

Pęknięcia biegły po starym, poszarzałym tynku od zegara do samej podłogi niczym misternie upleciona pajęczyna. Arkham Asylum było ruiną. Tik-tak.

Był też Joker. W samym centrum Arkham, w samym centrum szaleństwa. Przebywał w oparach obłędu tak długo, że pozbycie się ich zapachu zdawało się niemożliwe, zatopił się w nie tak głęboko, jak nikt przedtem i prawdopodobnie nikt po nim nie zejdzie tak głęboko w odmęty psychozy. Był sercem Arkham i choć bez niego również unosiły się tu mordercze pokłady szaleństwa, to był nierozerwalnie związany z tym miejscem, a wszyscy czuli się jakby bardziej nieswojo, kiedy ponownie wracał do swojego królestwa.

Drzwiczki zegara otworzyły się i na zewnątrz wydostała się kukułka, lecz chyba tylko on zwrócił na to uwagę. Arkham Asylum było ślepe. Tik-tak.

Niektórzy myśleli, że dadzą sobie z tym radę. Wejdą do Arkham i wyjdą nieodmienieni, oprą się jego klątwie, ale byli głupcami, jeśli sądzili, że ich to nie dopadnie. Lepiej uciekać, zostawić to miejsce za sobą, zamiast naiwnie, z własnej woli zanurzać się we mgle obłędu. Równie dobrze mogliby sądzić, że zejdą w głębiny oceanu i dadzą radę oddychać pod wodą. Joker natomiast był rybą, ocean szaleństwa stał się jego naturalnym środowiskiem i nie potrafiłby żyć poza nim.

Kukułka wróciła na swoje miejsce. Jego talerz nadal był pełen, lecz nie wziął ani kęsa. Arkham Asylum było spragnione. Tik-tak.

Pochłaniał kolejne ofiary, dla nikogo nie miał litości. Ofiary Arkham nie cierpiały długo, bo troskliwe objęcia szaleństwa koiły ból, pozbawiały świadomości i nie wiedziałeś nawet, że jest ci źle. A potem było za późno, ponieważ Arkham zabierało wszystko, więc jeśli nie przystosowałeś się do nowego otoczenia, jeśli nie nauczyłeś się z nim żyć, wyrzucało cię. Złamanego i bezużytecznego na pewną śmierć. Joker potrafił żyć szaleństwem, więc Arkham za każdym razem przyjmowało go z powrotem.

Nie odwrócił wzroku od zegara, kiedy kolejna osoba weszła do środka. Wydawał się zafascynowany tym, jak wskazówki podróżują po tarczy. Tik-tak.

Joker siedział przy stoliku z kilkoma innymi pacjentami, lecz ci zachowywali pewien dystans. Czuli, że podejście bliżej, może skończyć się dla nich źle, był w końcu nieprzewidywalny. Nie mogli wiedzieć, czy przypadkiem nie wbije za chwilę widelca w dłoń osoby siedzącej obok, a przecież był do tego zdolny. Choć i oni nie należeli do najbardziej obliczalnych, to gdzieś w środku część z nich nadal miała wątły instynkt przetrwania.

Uniform Jokera był powyciągany i poprzecierany w wielu miejscach, umazany jakąś czarną substancją, być może węglem. Zielone włosy poczochrane, nieczesane od wielu dni. Wyglądał jak wrak, lecz był najukochańszym dzieckiem Arkham, jego oczy nadal wypełniał ten niebezpieczny blask.

Tik-tak.