stres pourazowyJedno z moich ulubionych opowiadań. Wisiało na wernisażu obozu literackiego, na którym byłam w sierpniu 2017 i sporo osób je doceniło. Byłam zainteresowana tematami wojskowymi i samą tematyką stresu pourazowego u żołnierzy wracających z misji.

 

DROGA BEZ POWROTU

Gdy byłem dzieckiem, słuchanie o wojnie zawsze robiło na mnie wrażenie. Podziwiałem żołnierzy. Mieli duże karabiny, byli silni, umieli walczyć. Wyobrażałem sobie siebie w mundurze, jak wybijam wszystkich wrogów, jednego po drugim. Każdy boi się ze mną zadrzeć, a o moich wyczynach krążą niemal legendy opowiadane przez dziewczyny, z których każda marzy o tym, żeby zostać moją żoną. Byłbym niepokonany.

Potem, jako nastolatek, zrozumiałem, jak bardzo obraz wojny w mojej głowie był różny od tego, czym ona naprawdę jest. To nie piękne dziewczyny i błyszczące karabiny, ale śmierć, zniszczenie, piekło, z którego możesz nigdy nie uciec. Powinienem wtedy odpuścić. W końcu nie chciałem czegoś takiego przeżywać, nikt nie chce nigdy ściągać na siebie świadomie cierpienia, unikamy go, bo taka jest ludzka natura. Mimo tej świadomości, prawdziwego obrazu wojny, ciągnęło mnie do armii jeszcze mocniej.

To już nie były tylko dziecięce marzenia — to były plany. Byłem gotowy poświęcić swoje życie, aby zginąć w walce, która być może przyniesie komuś lepsze jutro. Nie przerażało mnie to tak, jak się tego spodziewałem. Powodowało we mnie… inne uczucia. Jakby moje serce tęskniło za czymś, czego nie mogłem wytłumaczyć. Jakbym mimowolnie chciał walczyć, choć rozum i zdrowy rozsądek podpowiadał zupełnie coś innego.

Załóż rodzinę, znajdź pracę, wybuduj dom i wiedź spokojne życie z typowymi problemami.

Czułem jednak, że nie byłbym szczęśliwy. Zawsze w głębi serca czaiłoby się to uczucie, które nie dawałoby mi spokoju. Wielu żołnierzy ma rodziny, sam również mogłem założyć własną, ale wiedziałem, że pokochałbym ich, a oni mnie. To nie prowadziłoby do niczego dobrego. Wolałem zminimalizować liczbę osób, które umierałyby ze stresu, oczekując mojego powrotu, którego mogłyby się pewnego dnia nie doczekać.

W końcu się tam znalazłem. W samym sercu piekła. Nie można się było wycofać, nie byłem przecież tchórzem.

Wcześniej twierdziłem, że wiem, jak wygląda wojna? Cóż, możecie zapomnieć moje słowa.

Widziałem to. Przeżyłem to.

Twierdziłem, że jestem na to gotowy? To też możecie zapomnieć.

Nie byłem i nigdy nie stałbym się na to gotowy. Jak zresztą każdy inny. Nie da się przygotować na mordowanie ludzi. Choćbym chciał się buntować, miałem swoje rozkazy i nie mogłem odmówić ich wykonania. Nie tam. Nie, gdy moje działania mogły ściągnąć na współtowarzyszy śmierć.

Czasem trzeba było dopuszczać się potwornych rzeczy. Takich, których nie da się wymazać z pamięci.

Dziecko. Niewinne, nie powinno w ogóle brać udziału w tym wszystkim. Jednak może być potencjalnym źródłem zagrożenia, które odbije się na wszystkich moich kompanach.

Jeden strzał i padło na ziemię martwe.

Pozbawiłem życia niewinną istotę. Prawdopodobnie to dziecko wcale nie chciało brać w tym udziału, nie stworzyło samo ładunków wybuchowych. Zmuszono je lub nie było świadome tego, co robi. Było jednak zagrożeniem, które należało zlikwidować.

A to dopiero wierzchołek tej góry morderstw, śmierci i destrukcji.

Nie liczyłem swoich ofiar. To było ostatnie, czym się wtedy przejmowałem. Nawet gdybym był w stanie to zapamiętać, to nie wiem, czy chciałbym znać tę liczbę. Czy nie pogorszyłoby to tylko mojej sytuacji? Czasem lepiej po prostu żyć w nieświadomości, jest bezpieczniej.

Wiedziałem jedynie, że było ich wielu. Niektórzy niewinni, inni mniej. Rozkaz jest jednak rozkazem.

Przeżyłem, kiedy wokoło mnie ginęli moi towarzysze, wrogowie, cywile.

Nigdy nie wróciłem do domu, choć przekroczyłem próg swojego mieszkania.

Kiedy znalazłem się tam z powrotem, wielu mówiło, że jestem szczęściarzem, bohaterem. Znowu siedziałem w fotelu, który tak dobrze znałem, wyglądałem przez okno na znajomą okolicę i odbierałem poranną pocztę. Nie wszyscy, którzy tam ze mną byli, mogli tego doświadczyć, więc powinienem być wdzięczny losowi; poczuć ulgę, że mam to za sobą, ale choć próbowałem ze wszystkich sił, to nie potrafiłem.

Nigdy nie uwolniłem się od wojny. Przywlokłem ją ze sobą do miejsca, które było moim domem, a ona je zniszczyła. Wypełniła każdy jego zakamarek.

Zostawała ze mną w nocy, kiedy wszyscy spali. Odwiedzała mnie w moich koszmarach. Ukrywała się za oparciem kanapy, gdy czytałem książkę przy kominku. Gapiła się w moje plecy, kiedy przygotowywałem obiad. Czaiła się w głębi mojego umysłu zawsze, kiedy wypełniałem choćby codzienne obowiązki.

Chciałem uciec z piekła, którym była Wojna, ale jedyne, co się zmieniło, to pole walki. Nie walczyłem już pośród moich kompanów na froncie, gdzie każdy mógł mi pomóc czy wesprzeć. Wtedy byliśmy w tym razem, planując kolejne natarcia, nawzajem dodawaliśmy sobie otuchy. Tutaj jednakże walczyłem z nią samotnie i w tej bitwie nie mogłem liczyć na niczyje wsparcie.

Bliscy próbowali mi pomóc. Starali się przynajmniej. Nie mogli jednakże wejść w mój umysł, nie mogli wyjąć stamtąd żadnego z moich wspomnień. Mogli próbować je pogrzebać pod natłokiem miłych gestów, prób uszczęśliwienia mnie, ale trauma zawsze wychodziła na wierzch i niemożliwe było wyparcie jej choćby najpiękniejszym wspomnieniem.

Ludzie, których niegdyś znałem i kochałem, stali się dla mnie obcy, cały czas miałem wrażenie, że nastąpi moment, kiedy zostaną zamordowani, a ja nie będę mógł tego powstrzymać. Umrą tak po prostu. Bez ostrzeżenia, jak moje ofiary umierały w ciągu kilku sekund. Nie miałem już nad niczym kontroli. Nigdy jej nie miałem, ale przynajmniej czułem, że mam na coś wpływ. Po powrocie wszystko wyślizgiwało mi się spomiędzy palców, los decydował o wszystkim.

Nie dopuszczałem nikogo do siebie. Nie mogłem, bo nie wiem, czy poradziłbym sobie z tą stratą, gdyby nasze relacje były bliższe. Chodziłem między ludźmi, ale czułem się, jakbym był zupełnie sam, a przecież wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby upewnić się, iż to rzeczywistość.

Szukałem zapomnienia, ucieczki, czegoś, co pomogłoby mi się uwolnić z tej klatki, uciec wojnie. Wszystko to dawało jedynie chwilową ulgę. Alkohol, adrenalina, zabawa.

To były tylko pojedyncze momenty wolności, po których wszytko wracało ze zdwojoną siłą.

Widziałem tylko jedną drogę ucieczki. Gorzej być już nie mogło, więc postanowiłem spróbować.