Zdjęcie do artykułu LalkaI

Szukając ważnych dla projektu szkiców, Ochocki postanowił wrócić na jakiś czas do ojczyzny. W Warszawie, bo tam ostatnimi miesiącami przed wyjazdem spędzał w większości czas, postanowił rozpocząć swoje poszukiwania. Miasto już nie przypominało mu tego, co pamiętał z dzieciństwa. Nie było już takiej radości i życzliwości w ludziach. Teraz każdy zwracał uwagę na swój zysk i swoje dobro, nieważne czy kogoś innego przy tym krzywdzi. Zabolała go scena, kiedy modnie i dostojnie ubrany mężczyzna, zabiera pieniądze żebraków i odchodzi uśmiechnięty. Gdy mężczyzna odszedł, Ochocki zbliżył się do biedaków, dał im kilkanaście rubli na jedzenie i udał się dalej. Szedł spokojnie wzdłuż Wisły. Męczył go wyjątkowo nieprzyjemny zapach pochodzący zapewne z samej rzeki. Brudna, zanieczyszczona, z dryfującymi odpadami, a mimo wszystko najbiedniejsi pili z niej wodę. Nie mieli skąd wziąć innej. Wyjaśniało to wszechobecną śmierć.

Zdecydowanie za dużo konających albo już martwych ludzi leżało na brzegach dróg, w zniszczonych budynkach, nad rzeką. Zwłoki relatywnie szybko zabierano, natomiast umierającymi nikt się nie przejmował. Dużo ludzi również chodziło pod silnym wpływem alkoholu czy innych substancji. Jeden z nich zaczepił Ochockiego i namawiał do wspólnego picia. Prawdopodobnie pozwalało im to uciec, zapomnieć o szarej, smutnej i bolesnej rzeczywistości. Idąc dalej, bohater zwracał uwagę na leżące na sklepowych wystawach produkty, które również przestały dorównywać tym z dawnej Warszawy. Już z daleka dało się zauważyć, że są wątpliwej jakości, a podchodząc bliżej, uwydatniały się wszystkie niedoróbki, wady, wybrakowane elementy, mizerna dbałość o szczegóły. –Warszawa się zmieniła. ludzie się zmienili. Wszystko się zmieniło. To miasto jest nie do poznania… - myślał Ochocki. Chciałby pomóc tym wszystkim ludziom, ale nie był w stanie. Postanowił czym prędzej załatwić tutaj sprawy i wracać do Paryża. Chodząc w kółko, zastanawiał się, gdzie mógł zostawić tak istotne rzeczy jak plany maszyny latającej. Udał się najpierw do sklepu Szlangbauma, gdzie nieraz rozmawiał z Wokulskim o nauce. Od razu po przekroczeniu progu zrozumiał, jak długo nie odwiedzał miasta i jak bardzo się wszystko pozmieniało. Miejsce już nie przypominało starego, dobrego sklepu. W powietrzu unosiła się woń tandety, zapewne z produktów, które nie były lepsze od samego zapachu. Wyraźnie rzucał się w oczy brak dbałości i zaangażowania w produkcję. Niektóre pudełka się nie domykały, ozdobne wzorki nie zostały wykonane z odpowiednią starannością, a i sam materiał pozostawiał wiele do życzenia. Okazywały się zdecydowanie zbyt lekkie jak na pudełka z rzekomo prawdziwego drewna. Inne produkty były podobne. Ta sama tandeta. Szew na portmonetkach również nie odbiegał od miernej sklepowej reguły. Lalki miały niestarannie namalowane twarze, beznadziejnie powtykane włosy. Zioła z dalekich krajów nie miały takiego aromatu jak powinny. Porcelana też nie wyglądała na starannie wykonaną. Reszta produktów prezentowała się równie słabo albo nawet jeszcze gorzej. Ochocki, nie mogąc patrzyć na stan sklepu, uznał, że sprawę należy mieć za sobą jak najszybciej. Poszedł więc czym prędzej do Szlangbauma i starał się nie zwracać uwagi na wszechobecną tandetę. Zauważył, że Żyd jest czymś silnie zajęty- liczeniem, pisaniem, przekładaniem kartek i innymi typowo sklepowymi sprawami. Spieszyło mu się, więc oderwał sprzedawcę od swojego zajęcia, na co ten zareagował w łatwy do przewidzenia sposób.

-Witam. Mam małą sprawę do Pana – powiedział Ochocki.

-Słucham, o co chodzi? – zapytał poddenerwowany Żyd.

-Potrzebuję dostępu do gabinetu pana Wokulskiego. Zdaje się, że kiedyś tam coś zostawiłem.

- Wie Pan, zazwyczaj nie udostępniamy takich miejsc dla klientów, ale dla Pana możemy zrobić wyjątek… Oczywiście za drobną opłatą.

-Ile? – warknął Ochocki.

-Trzysta rubli proszę Pana.

Ochocki rzucił mu pieniądze przed twarz i od razu poszedł do gabinetu. Przypomniały mu się stare czasy, kiedy rozmawiali z Wokulskim o nauce, zainteresowaniach, kobietach. Zrobiło mu się przykro, ponieważ doskonale wiedział, że te czasy nigdy już nie wrócą. Ciarki przebiegły mu po plecach na myśl, że Wokulski może już nie żyć. Przystąpił do poszukiwań zguby. Chciał jak najszybciej odgonić myśli od przykrych tematów. Dziwiło go, że Żyd nie zrobił przeszukania w pokoju Wokulskiego. Wszystko zostawione po staremu. Drogocenne przedmioty pozostawione na miejscu. Nawet kurz nie jest starty. -Wygląda na to, że Żydzi zostawili wszystko w niezmienionym stanie. Więc skoro są wszystkie kosztowności Wokulskiego, to i moje plany też powinny być, o ile tu je zostawiłem. – Myślał Ochocki. Wszystkie potrzebne mu dokumenty znajdywały się w dużej, białej teczce. Ciężko było ją przeoczyć, jednak mimo to nigdzie nie mógł jej znaleźć. Wywrócił cały gabinet do góry nogami, przepatrzył każdy zakamarek, każdą półkę, szufladę czy szafkę. Żadne miejsce nie umknęło jego uwagi. I nic, ani śladu zguby. Usiadł na środku pokoju, zakrył twarz rękami i myślał. Nagle przypomniał sobie o Rzeckim i wspólnych rozmowach o wielkich planach. Wybrał się więc jak najszybciej do jego mieszkania. Wychodząc ze sklepu, nawet nie pożegnał się z pracownikami, tylko trzasnął drzwiami i czym prędzej udał się w wyznaczone miejsce.

            Nie minęła nawet chwila i Ochocki stał już pod kamienicą. Droga nie należała do najprzyjemniejszych. Ciągły widok upadającej stolicy powodował w nim trudne do określenia emocje. Nie wiedział, czy bał się o przyszłość miasta i kraju, czy czuł żal, czy złość, że wydarzenia doprowadziły do takiego stanu, czy może zgorszenie wywołane obłudą tego miejsca, a może tylko ból spowodowany bezsilnością. Z zamyślenia wyrwał go widok ruchu na jednym z pięter kamienicy. Wydawało mu się, że widzi jakąś postać w oknach mieszkania Rzeckiego. –Nie dziwne – pomyślał. – W końcu Ignacy nie żyje już od ponad roku. Pewnie jakaś rodzina już tam zamieszkała. – Mówił sam do siebie, zastanawiając się, czy ma jeszcze szanse na odzyskanie planów, jeśli znajdują się w owym mieszkaniu.

Mimo że lokatorzy nie byli mu znani, postanowił się udać do nich i chociażby zapytać. Jego przewidywania się potwierdziły. Drzwi otworzyła mu młoda kobieta. Za nią dwoje małych dzieci bawiło się z mężczyzną. Rodzina nie wyglądała na majętną. Kobieta miała ubraną niejednokrotnie cerowaną sukienkę sięgającą za kolana. Dzieci były delikatnie wychudzone, jednak bawiąc się z ojcem, potrafiły pokazać, że mają trochę siły. Sam ojciec również nie miał zadbanych ubrań. Tu i ówdzie przetarcie czy dziurka, w innym miejscu łatka. Widać było po nim strudzenie. Prawdopodobnie sam utrzymywał całą rodzinę z zapewne ciężkiej pracy fizycznej, a wywnioskować to można było z wyglądu jego rąk. Podrapane, niekształtne, z bliznami, krwiakami i siniakami. Jednak, pomimo swojego stanu, rodzina wyglądała na radosną, szczęśliwą. Kobieta zaprosiła go do środka. Sam wystrój mieszkania również świadczył o mało ciekawej sytuacji finansowej. Meble ograniczały się do niezbędnego minimum i nie wyglądały na dobrze wykonane. Ozdób nie było żadnych. Zabawek też prawie nie mieli. Dwie tanie laleczki i drewniane klocki. To wszystko na co mogli sobie pozwolić. Ochockiemu zrobiło się przykro z powodu takiego stanu rzeczy, ale z drugiej strony widział, że rodzina wygląda na szczęśliwą, a to rzadkie w tych czasach. Gospodyni zrobiła dla każdego herbatę i wszyscy zebrali się przy stole. Ochocki rozpoczął rozmowę na temat zguby. Objaśnił, czego szuka, ale na twarzach domowników pojawiło się zdziwienie. Nie do końca potrafili zrozumieć, co było na szkicach poszukiwanych przez wynalazcę. Nie przechodziło im przez myśl, co to mogła być machina latająca i jak mogła wyglądać. Po jakimś czasie rodzina wspólnie doszła do wniosku, że nic podobnego nie znajdywało się w ich mieszkaniu. Ochocki podziękował za chęć pomocy i gościnę. Zostawił parędziesiąt rubli i wyszedł. Opierając się o ścianę, zastanawiał się, gdzie może jeszcze się udać. Przypomniał sobie, że mieszkanie, w którym przed chwilą był, kupił Rzeckiemu Wokulski podczas rozbudowy sklepu. Wpadł więc na genialny pomysł udania się do starego mieszkania Rzeckiego. To była jego ostatnia nadzieja na odnalezienie dokumentów.

            Podczas drogi Ochocki starał się jak najmniej rozglądać. Unikał patrzenia na stan, w jakim znajdywała się Warszawa. Miasto, które kiedyś tak kochał , na jego oczach obracało się w ruinę. Patrzył przed siebie. Nic nie przyciągało jego uwagi. Po drodze zaczepiło go kilka żebraków z prośbą o pieniądze. Każdemu dał po trzy ruble i nie bacząc na nic, szedł dalej najszybciej jak tylko umiał. Wyjątkowo szybko znalazł się na miejscu. Drzwi okazały się zamknięte. Jednak pamiętał, że Rzecki powiedział mu o zapasowym kluczu, który zakopał w doniczce roślinki, która stała pod oknem. Znalezienie klucza nie zajęło mu długo. Co prawda miał brudne ręce w ziemi, ale za to mógł wejść do mieszkania. W środku czas jakby się zatrzymał. Nikt nowy tu nie zamieszkał, nikt nawet nie wchodził, wszystko leżało tak jak zostawił Rzecki, opuszczając je. Podczas przeprowadzki nie musiał brać ze sobą całego wyposażenia, lecz tylko to, co na czym mu naprawdę zależało. Resztę kupił Wokulski. Dlatego też mieszkanie pozostawało jakby nieruszone. Na stole gościł ten sam bałagan co zwykle. Puste kubki, szklane butelki, porozrzucane karty, otwarte metalowe pudełeczko, a w nim resztki jakiś sucharków. Pewnie grał z kimś w karty w przeddzień przeprowadzki. Na ścianie wisiała stara gitara. Jedna ze strun pękła, pewnie ze starości. Naukowiec nie potrafił przypomnieć sobie, czy Rzecki kiedyś coś grał przy nim. Na łóżku leżała ta sama pościel. Miejscami prześwitywały podarcia, ale Rzecki zbyt ją lubił, żeby się jej pozbyć. Na oknie wisiały te same, niezmieniane od lat zżółkłe firanki. Obok okna swoje miejsce znalazła stara, przyrdzewiała miska, z której pił pies Ignacego. W środku nawet była ta sama woda, którą Rzecki wlał przed przeprowadzką. Ochockiego zaczęło ciekawić, co się stało z psem po odejściu jego właściciela. Tej zagadki nie dało się już rozwiązać. Pies znikł tak samo jak i ślad po nim. W jakiś sposób myśli bohatera zbiegły z psa na stare czasy. Przypominał sobie o rozmowach, jakie prowadził na różne tematy z Rzeckim, jak grali w karty razem przy butelce tańszego alkoholu. Jak razem snuli wielkie plany pomocy całej ludzkości i śmiali się z tego, do czego dążył, w ów czas jeszcze powoli, świat. Z zamyślenia obudził go huk dobiegający zza okna. Komuś z rąk wypadła drewniana skrzynia i rozbiła się, a na ulicę wypadły świeżo złowione ryby. Po wspomnieniu starych czasów Ochocki zaczął szukać zguby. Najpierw postanowił spojrzeć do szafy, lecz w środku nie znajdywało się nic oprócz kilku starych, podartych koszul i paru pajęczyn. Później przeszukał szuflady w biurku, które jedyne co w sobie trzymały, to pajęczyny, a razem z nimi dorodnego pająka. Zaczął się rozglądać za innymi miejscami. Kawałek białego papieru pod łóżkiem przykuł jego uwagę. Podszedł, wziął, jak się okazało, teczkę, położył ją na stole, otworzył i poczuł ulgę. Doskonale pamiętał to, co było wewnątrz. Wszystko tak jak powinno być. Niczego nie brakowało, nic nowego się nie pojawiło. W środku znajdowały się lekko zżółkłe, poplamione kartki, a na nich szkice, plany, notatki dotyczące największego marzenia Ochockiego – maszyny latającej. Usiadł więc wygodnie na zakurzonym krześle i zaczął się śmiać.

-No tak, tutaj ją zostawiłem. Chwaliłem się Ignacemu planami, a gdy alkohol uderzył nam do głowy, całkowicie zapomniałem o tych planach. Dobrze że nic złego z nimi się nie stało – pomyślał wynalazca.

            Po chwili refleksji i odpoczynku Ochocki uznał, że czas najwyższy opuścić dom Rzeckiego, Warszawę, Polskę i wyjechać gdzieś, gdzie ma szansę coś osiągnąć… Do Paryża, do Geista. Coraz gorętsze marzenie stworzenia machiny latającej wzbudziło w nim jeszcze silniejsze emocje. Pragnął jak najszybciej podjąć działanie na rzecz ogółu. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak taki wynalazek może wpłynąć na przyszłość całej ludzkości. Wiedział, że może to doprowadzić do rewolucji w praktycznie każdej dziedzinie życia, że może to zatrzeć bariery między państwami, a nawet całymi kontynentami, że wielotygodniowe podróże statkami będą mogły być znacznie bardziej skrócone. Emocje i marzenia wzięły nad nim górę. Potrzebował kilku minut, aby się opanować. Wychodząc z domu pana Rzeckiego, postanowił z ciekawości sprawdzić skrzynkę na listy. Łudził się, że może ktoś napisał do nieboszczyka. Nie miał on wielu przyjaciół, przez co szanse na znalezienie czegoś w środku jeszcze bardziej malały. Ku zdziwieniu Ochockiego coś jednak znajdywało się w skrzynce. Mały metalowy prostopadłościan ze zmyślnymi kształtami pełniącymi rolę ozdób, krył w sobie tajemniczą kopertę. Znajdował się na niej niezwykły znaczek pocztowy. Ochocki nigdy wcześniej takiego nie widział. Wyrazy na znaczku nie przypominały mu żadnego europejskiego języka. List przyszedł z daleka… Bardzo daleka. Był świadom, że nie powinien otwierać cudzej korespondencji, jednak wyszedł z założenia, że skoro Ignacy już odszedł, to i tak nic złego się nie stanie. Poza tym przeczuwał, że może zobaczyć coś niesamowicie wartego uwagi. Znalazłszy w mieszkaniu jakiś nóż, zaczął delikatnie rozcinać jeden z brzegów koperty. Gdy rozcięcie było na tyle duże, wyciągnął kartkę ze środka. Jego ciekawość w ten czas nie znała granic. Z trzęsącymi się rękami rozłożył zgięty na pół kawałek egzotycznego papieru i jego oczom ukazało się coś, czego nigdy by się nie spodziewał. „Podpisano: Stanisław Wokulski”…cdn

Piotr Chmielowiec