zdjęcie Lalka cz. IIII

Była to spokojna, ciepła, wiosenna noc. Blask tysięcy malutkich gwiazd niesamowicie rozświetlał niebo. Brak księżyca powodował, że widok Drogi Mlecznej jeszcze silniej, niż zazwyczaj, zapierał dech w piersiach. O tej porze roku galaktyka prezentowała się w pełnej okazałości i dopiero taki widok pozwalał zrozumieć, jak przytłaczająco mali są ludzie w porównaniu do kosmosu. Podążając wzrokiem w dół nieboskłonu, uwydatniał się niezmącony niczym horyzont rozciągający się w każdą stronę, powodujący wrażenie nieskończoności toni wodnej, która ciągnęła się znacznie dalej niż można było przypuszczać. Sama tafla wody była gładka niczym perfekcyjne lustro. Światło gwiazd odbijało się od niej, tworząc niesamowite wrażenie podróżowania w bezkresnych przestrzeniach wszechświata. Statek jednak rozmywał całą iluzję nieziemskiej przygody. Zwykły, przyziemny, drewniany okręt niemający w sobie nic wyjątkowego poza nietypowo dużym rozmiarem. Pomimo takiej wielkości załoga nie liczyła tak wielu osób, jak na pierwszy rzut oka można sobie pomyśleć, a to dlatego, że służył on głównie do sprowadzania najrozmaitszych dóbr z prawie wszystkich kontynentów do Francji.

Wyglądem nie odbiegał od innych statków towarowych. Na pierwszym pokładzie znajdowały się standardowe otwory, zakryte kratami, żeby nikt przez przypadek nie wpadł, przez które pakowano najróżniejsze rzeczy do środka. Pomiędzy każdym z nich stał maszt wielki na kilkadziesiąt metrów z trzema poprzecznymi belkami, które utrzymywały ogromne żagle. Na obu burtach znajdywały się otwory na działa. Każdej ze stron przypadało po 30 armat. Nie miały na sobie żadnych zdobień, jak zwykły to mieć inne okręty. Służyły one, wyłącznie do obrony w razie ataku piratów. Załoga była również uzbrojona w razie potrzeby defensywy. Na dziobie znajdował się niesamowicie okazały bukszpryt. Pod nim wyrzeźbiona była postać przypominająca morską syrenę. Dbałość o jej szczegóły potrafiła zachwycić. Rufa pełniła rolę mieszkalną dla załogi. Na każdy pokój przypadało po cztery osoby. Zdobienia znajdujące się w tej części potrafiły przykuć uwagę na długi czas. Każdy, kto je oglądał, zastanawiał się, ilu mistrzów musiało pracować przy tak misternych, kształtnych, pięknych płaskorzeźbach. Liczne postacie ukazujące najprawdopodobniej historię państwa, z którego okręt pochodził, wprawiały człowieka w osłupienie swoją dbałością o szczegóły wykonania. Maszty również były zdobione. Na każdym widniała inna morska legenda. Jeden z nich przedstawiał opowieść o gigantycznym potworze morskim, który niszczył i ściągał na dno najdostojniejsze okręty. Wyglądał jak znacznie przerośnięta ośmiornica o nieproporcjonalnie wielkich mackach z kilkoma rzędami ostrych jak brzytwa zębów w paszczy. Płaskorzeźba przedstawiała zniszczenie jednego z najwspanialszych francuskich okrętów, który w rzeczywistości zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Na pokładzie nie było ani jednej duszy za wyjątkiem mężczyzny siedzącego akurat przy tym maszcie. Okazał się nim Wokulski.

Okręt płynął z wolna, przecinając taflę wody. W powietrzu dało się tylko wyczuć delikatną bryzę smagającą twarz i typowy dla morskiego klimatu jod. Spokojny wiaterek, który raz stawał się silniejszy, a to drugim razem słabł, trzepotał rytmicznie wielkimi płachtami materiału rozwieszonymi z masztu, przypominając siedzącemu i patrzącemu w gwiazdy Wokulskiemu o minionych czasach, gdy los pomiatał nim tak jak wiatr żaglami. Odtworzył w pamięci sceny perypetii z Izabelą, gdy bezsensownie zabiegał o względy kobiety, która nawet siebie nie szanowała, dla której był tylko jedną z wielu zabawek. Wielkie sny o machinach latających też nie umknęły jego uwadze. Niestety, w najbliższym czasie nie był w stanie ich spełnić. Sklep - jego oczko w głowie, przez nowego właściciela przestał być tak ceniony. Wspominając te wszystkie sprawy, zamyślił się i nieświadomie powiedział na głos – Gdybyś tu był ze mną Ignacy – I zaczął wspominać Rzeckiego, który przez lekkomyślne zachowanie Wokulskiego, stał mu się zupełnie obcy. Ciekawiło go, co przyjaciel zrobił po jego zniknięciu. – Może udało mu się założyć własny sklep z panią Stawską. Może wyjechał na zasłużony odpoczynek gdzieś daleko za Warszawę. Może… Kto go tam wie… Ciekawe, czy też patrzysz w gwiazdy Ignacy… Tęsknię za Tobą… – myślał Wokulski. Czuł, że coraz bardziej zaczyna mu brakować przyjaciela. Zaczął dostrzegać swoje błędy. Wiedział, że jest winny temu, co się stało, ale również wiedział, że nie do końca był sobą przez to, jak bardzo panna Łęcka namieszała mu w głowie. Wstał i chodził bezcelowo po pokładzie. Od jednej burty do drugiej. Patrzył w niesamowite niebo i myślał. Coraz większy chaos wkradał się go jego głowy. Przez moment nawet chciał rzucić cały swój plan i wrócić do Polski. Lecz jednak na to było za późno. Sprawy zaszły za daleko. Wszystko zostało ustalone. Droga wstecz została zamknięta. Udał się zmęczony i zamyślony do swojej kajuty, żeby odpocząć. To był dla niego ciężki dzień. Po drodze przewrócił wiadro, w którym znajdywała się woda do czyszczenia pokładu. Znalazł więc kawałek jakiegoś niepotrzebnego materiału i wszystko posprzątał. Położył się w łóżku, jednak nie potrafił znaleźć wygodnego ułożenia. Ciągle coś mu przeszkadzało. A to poduszka była za wysoko, a to kołdra za krótka, a to za gorąco, za zimno. Gdy wszystko już mu pasowało, dalej coś nie pozwalało mu zasnąć. Cały czas w głowie miał swojego przyjaciela. Aby dać upust emocjom i jednocześnie zaspokoić potrzebę porozmawiania z nim, postanowił więc napisać list. Znalazłszy pióro, atrament, kartki i świecę, zaczął pisać…

Drogi Ignacy,

Przepraszam, że tak długo nie dawałem znaku życia. Trafiłem na informację, która może odmienić losy całego kraju i postanowiłem ją wykorzystać, ale żeby to się udało, potrzebowałem, aby ludzie zapomnieli, kim byłem. Kiedy indziej wyjaśnię Ci o co chodzi. Powiem tylko tyle, że gramy o naprawdę wielkie pieniądze. Piszę do Ciebie ze statku, który zmierza do Indii. Mimo że dookoła nie ma nic oprócz wody, to jednak widok po zmierzchu jest niesamowity - tysiące drobnych światełek migoczących na niebie, odbijających się od wody. Jakbyś podróżował między gwiazdami. Spodobałoby Ci się tutaj. Powiem Ci, że cel naszej podróży jest naprawdę daleko i przed nami jeszcze długa droga. Na razie nie podaję swojego adresu, bo sam nie wiem, gdzie dokładnie się jeszcze zatrzymam. Najbliższym portem, do którego przybijemy, jest ten w Bombaju, skąd wyruszymy w dalszą drogę po uprzednim załadowaniu statku. Szczerze, bardzo wesołe chłopaki są w tej załodze. Mimo że nie ma za wiele rozrywek na morzu, to z nimi nie da się nudzić. Ciągle wymyślają coś ciekawego. Po opuszczeniu Indii płyniemy dalej na wschód, ale na razie pozostałe moje plany to niespodzianka. W następnym liście wszystko bardziej szczegółowo wyjaśnię. A teraz, co u Ciebie Ignacy? Jak Ci życie leci? Wyjechałeś za Warszawę, odpocząć, tak jak tego potrzebowałeś? Udało się założyć sklep z panią Stawską? Mam nadzieję, że wszystko znakomicie się układa! Grasz jeszcze na swojej gitarze? Ach, jaka ona piękna była! Jak się pies trzyma? Nasz stary, kochany Ir. Pocieszne z niego zwierzę. Opowiedz mi jeszcze, jak wyglądają sprawy w Warszawie? Jak wygląda nasz sklep? Dobrze Cię tam traktują? Jak z jakością, dużo się pogorszyła? Przychodzą jeszcze ludzie tak licznie? Mamy jeszcze jakichś stałych klientów? Powiem Ci, że brakuje mi tych sprzeczek z kupującymi, produktów, liczenia, dbania o to wszystko… Nawet nie wiesz, jak bardzo za tobą tęsknię Ignacy. Nie wiesz, ile bym dał, żebyś był teraz przy mnie. Żebyśmy razem przeżyli tę wspaniałą przygodę. Zdaję sobie sprawę, że postąpiłem bardzo źle. Że nie tak to wszystko powinno wyglądać. Przepraszam za moje zachowanie. Nie byłem sobą. Odurzyły mnie uczucia do tej pustej panny Łęckiej, a teraz gdy wszystko zrozumiałem... Ignacy, jaki ja głupi byłem. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz i wszystko między nami będzie dobrze. Nie ma sensu, żebym się tłumaczył. Wiemy, że nic nie usprawiedliwia tego, co zrobiłem. Chciałbym, żebyś tylko zrozumiał, że człowiek pod wpływem silnych, niejednoznacznych uczuć i emocji popełnia różne głupstwa. A jedyne o co Cię proszę, to o wybaczenie za to wszystko. Damy radę naprawić naszą relację? Będę żył w nadziei, że damy.

Twój Stanisław Wokulski

Odłożył pióro, schował list w bezpieczne miejsce, zgasił świeczkę i zaczął przeciągać się na krześle. Nic nie mąciło harmonii panującej w jego umyśle. Wyglądał, jakby jego mózg tymczasowo przestał działać. W głowie nie była obecna jakakolwiek myśl. Położył się więc w łóżku. Ledwo zamknął oczy i zasnął. Śniło mu się wspólny rejs z Rzeckim. Jak razem przemierzali bezkres oceanów i zdobywali nowe, niedotknięte stopą człowieka lądy, które nie przypominały czegokolwiek, co znali do tej pory. Wokulski czuł w ten czas, że może zrobić wszystko, czuł się panem i władcą całego świata. Spał długo. Wstał około południa. Był zdziwiony, że nikt z załogi go nie obudził. Pewnie o nim zapomnieli lub nie był potrzebny. Dzień był taki sam jak poprzednie. Gorąco, słonecznie, wilgotno. Sytuację ratowała bryza, która wiała silniej niż poprzedniego dnia. Nadszedł najwyższy czas, aby coś zjadł . Wyszedł więc na pierwszy pokład, aby zobaczyć, czy nie ma kogoś, z kim mógłby do kogoś się dosiąść, lecz wszyscy od dawna byli zajęci swoimi zadaniami. Ktoś sprawdzał, czy wszystkie liny są dobrze zawiązane, ktoś chodził po masztach, upewniając się, że wszystko ze sobą dobrze trzyma. Nie znalazł nikogo, kto mógłby razem z nim zjeść, przez co uznał, że szybko zaspokoi głód jakąś przekąską i zaczeka na wszystkich do pory obiadowej. Począł więc szukać jakiegoś zajęcia, a z racji tego, że był raczej gościem, a nie stałym członkiem załogi, nie miał zazwyczaj dużo do robienia. Spacerował po całym pokładzie, z ciekawością oglądał pakunki, które transportowano, poszedł do swojej kajuty, gdzie ćwiczył kaligrafię, która nie do końca mu wychodziła. Brakowało literom kształtu. Raz za grube, to drugim razem za chude, to krzywy ogonek, to koślawy brzuszek, lecz nie poddawał się i dzielnie ćwiczył. Potem na chwilę zabrał się do bawienia kartami. Były bardzo nietypowe. Dostał je od jednego z marynarzy. Każda karta wyglądała jak małe dzieło sztuki. Z pozoru przedstawiały pojedyncze, niezwiązane ze sobą obrazki, lecz przy odpowiednim ułożeniu układały się w legendę o pewnej kobiecie porwanej przez syreny, które wybrały ją na swoją królową. Ilustracje urzekały swoim wyglądem. Wszystko doskonale narysowane. Idealna kreska, doskonale dobrane kolory. Sprawiały wrażenie, jakby rzeczywiście cała ta opowieść działa się na nich. Wokulski usłyszał zamieszanie na górnym pokładzie. Nie dało się zrozumieć, co dokładnie się tam dzieje, więc poszedł sprawdzić. Pomyślał, że może się przydać. Wychodząc schodami na górę, niezrozumiały szmer zaczął się przeobrażać w dobrze mu znany rytm. Okazało się, że to wesoła załoga urządziła sobie na pokładzie małą zabawę. Dołączył więc do radosnych i rozśpiewanych towarzyszy, aby razem z nimi się trochę rozerwać. Brak znajomości tekstu nie przeszkadzał mu się dobrze bawić. Razem z nimi skakał, tańczył, próbował śpiewać, jadł przekąski z najróżniejszych stron świata i pił rum, którego, jak na porządną łajbę przystało, było pod dostatkiem. Zabawa zdawała się nie mieć końca. Trunku lało się więcej i więcej. Wszyscy coraz głośniej śpiewali i lepiej się bawili. Jedynie kapitan i najbliżsi mu stopniem pozostawali w stanie błogosławionej trzeźwości, aby kierować statek na właściwy kurs. Zabawa się skończyła, gdy już zaczęło zmierzchać. Wszyscy udali się do swoich kajut na odpoczynek. Jedynie Wokulski i ktoś pełniący wachtę zostali na pokładzie. Pierwszy leżał na środku pokładu i badał mętnym wzrokiem gwiazdy, drugi, zupełnie trzeźwy, chodził po całym okręcie i wypatrywał na morzu czegoś, co mogło przykuć jego uwagę. Odpoczywający Wokulski poczuł, że jest mu nieprzyjemnie duszno i zaczął się dosyć mocno pocić. Prawda jest taka, że duszno było już podczas zabawy, tylko że nikt na to nie zwrócił uwagi. W pewnym momencie duchota przerodziła się w bardzo silny wiatr, który zaczął bujać statkiem. Alkohol w połączeniu z rytmicznym kołysaniem powodował co najmniej przykre ukucie w brzuchu. Nie inaczej było z Wokulskim. Odczuł silną potrzebę dokarmienia rybek swoją treścią żołądkową. Gdy już poczuł się lepiej, poszedł do swojej kajuty na odpoczynek. Schodząc pod pokład, spojrzał się za siebie i zobaczył, że czarne jak smoła, potężne chmury zakrywają blask gwiazd. Położył się w swoim łóżku i próbował zasnąć. W pewnym momencie jego pokój został rozświetlony białym światłem na ułamek sekundy. Po chwili dotarł do niego ogłuszający grzmot. Ta noc nie zapowiadała się na łatwą…cdn.

Piotr Chmielowiec