Warszawa Rynek Starego Miasta XIXList wypadł Ochockiemu z rąk i spokojnym, powolnym lotem spadł na podłogę. Młody naukowiec nie mógł opanować swoich emocji. Drżące dłonie powodowały trudności w ponownym czytaniu, a i sam wzrok również odmawiał współpracy, oczy skupiały się na wszystkim oprócz kartki. Chodził po mieszkaniu w tę i we w tę, szukając czegoś, na czym mógłby chociaż na chwilkę zawiesić myśli, aby się uspokoić. Chaos w jego głowie nie pozwalał mu się skupić na najdrobniejszej czynności. Kręcąc się tak w kółko po pokoju, próbował sobie wszystko tłumaczyć, gestykulując przy tym bez ładu. Przez przypadek strącił ze stolika śliczną, porcelanową filiżankę, w której jeszcze były liście z jakiejś herbaty. Naczynko się zbiło i razem z zawartością rozsypało po podłodze. Roztrzęsiony, nie był w stanie posprzątać. Jego dłonie bardziej panowały nad nim, niż on nad dłońmi. Znalazł więc krzesło, usiadł i próbował się uspokoić. Zastanawiał się, co przez ten cały czas mógł czuć Wokulski, choć w tym momencie nie wiedział, co on sam czuje. Myślał o tym, co doprowadziło do takiego stanu rzeczy. Co mogło spowodować, że chciał pozostać anonimowy. Co takiego knuje, że chce pomóc całej Polsce. Co robi na statku do Indii i dokąd aktualnie zmierza… A może już jest, bo list z pewnością szedł kilka miesięcy. Siedząc i zajmując dłonie małą monetą pochodzącą z południowych krajów, próbował sobie całą tę historię poukładać i zrozumieć, co tak właściwie mogło się stać. Jego emocje były wyjątkowo mocno niejednoznaczne. Z jednej strony był wściekły, ponieważ zaginiony przez wiele miesięcy nie dawał najmniejszego znaku życia i wszyscy już myśleli, że nie ma go na tym świecie. Z drugiej jednak strony, niezmiernie cieszył się, że jedna z niewielu nadziei dla Polski jeszcze żyje. Co więcej, ma plan,y aby pomóc ojczyźnie. Myśl o powrocie jednego z największych w ten czas bohaterów Warszawy napawała go optymizmem. – Jednak nie wszystko stracone – myślał. Zaczął się powoli uspokajać, a jego myśli wróciły na właściwe tory. Spojrzał na wielki, zdobiony zegar, który o dziwo jeszcze działał. Miał na sobie motyw lasu i jego fauny. Z lewej strony wyrzeźbiona była leśna roślinność. Jakieś drzewa, trochę niżej krzewy. Z drugiej, zwierzęta. Coś podobne do wilka, obok jeleń, a przed nimi wiewiórka. Pomiędzy całością żwawo machało wahadełko. Wyglądało jak sowa, która siedzi na gałęzi. Rzadko widuje się tak okazałe zegary. Wskazówki w kształcie liści przypomniały Ochockiemu, że już najwyższy czas wracać do Paryża. Pojawił się jednak pewien dylemat. Mimo że ojczyzna już mu zbrzydła, to myśl o planie Wokulskiego nie pozwalała odjechać młodemu naukowcowi . Chciał pozostać w Warszawie i w jakiś sposób pomóc. Chciał zostać i ratować kraj przed zgubą, zanim Wokulski wróci. Chciał działać, a nie stać w miejscu, chociaż w Paryżu też czekało na niego wiele zajęć, które pomogą nie tylko jednemu narodowi, ale może i nawet całemu światu. Serce kłóciło się z rozumem. Pierwsze budziło w nim patriotyzm, choć nigdy wcześniej nie czuł aż tak wielkiego przywiązania do ojczyzny, drugie natomiast podpowiadało, że sprawy całego świata są ważniejsze niż pojedynczego kraju. Ostatecznie jednak nastał czas, aby wracać do Paryża. Już był zupełnie spokojny. Wstał z krzesła, rozprostował się i zaczął rozglądać po całym mieszkaniu. Jego wzrok zatrzymał się na paczce starych sucharków. Przypomniało mu to, ze cały dzień nic nie jadł i był strasznie głodny. Poczęstował się jednym z nich, jednak po takim czasie zdążyły zamienić się w kamień. Wyschły tak, że nie dało się ich pogryźć. Przeczesał całe mieszkanie w poszukiwaniu czegoś zdatnego do jedzenia. Okazało się, że po tylu miesiącach nic nie było w stanie przetrwać. Zabrał więc, głodny, swoje rzeczy i wyszedł z mieszkania, zamykając dom na klucze.      

    

Udał się w stronę stacji kolejowej, lecz musiał wstąpić jeszcze do sklepu, gdzie mógłby kupić coś do jedzenia. Niestety, żaden nie znajdywał się po drodze, więc czekała go jeszcze jedna przechadzka po Warszawie. Miasto wydawało mu się zgoła inne, niż wcześniej. Nie widział całego tego ubóstwa, nie dostrzegał problemów, które wcześniej tak bardzo go raziły. Przedmioty na wystawach sklepowych wydawały mu się lepszej jakości, a i ludzie sprawiali wrażenie jakby bardziej uśmiechniętych. Miasto nabrało barw. Podobało mu się tutaj. Wróciły do niego myśli o pozostaniu w stolicy, lecz decyzja już zapadła. Przemierzał kolejne rzędy kamienic w poszukiwaniu sklepu z jedzeniem. Miał ochotę na prawdziwą, swojską kiełbasę i świeżutki, chrupiący chleb. Dawno nie jadł takich rzeczy. W Paryżu codzienna dieta wygląda zupełnie inaczej. Znacznie mniej jest tam mięsa, a w szczególności tego ze świni. Za to dużo więcej je się warzyw i owoców. Znalazł w końcu sklep wędliniarski. Wszedł i od razu poczuł woń jeszcze ciepłych wyrobów. Zapach ten powiódł jego myśli w czasy, kiedy jeszcze był dzieckiem i razem z ojcem wędzili różne rodzaje mięsa. Podszedł do lady i poprosił o najdroższą, najwspanialsza, najsmaczniejszą laskę, jeszcze ciepłej, kiełbasy. Podziękował, szybko zapłacił i wybiegł ze sklepu, aby jak najszybciej znaleźć się w piekarni, która była nieopodal. Jeszcze przed wejściem przywitał go zapach chleba. Akurat właśnie wtedy złociste bochenki chleba kończyły się piec. Poprosił więc o świeżutką połówkę, zapłacił, wyszedł i znalazł ławkę, na której mógł w spokoju zjeść. Smak przypominał mu stare czasy, gdy jedyne, co go martwiło, to zabawa i nauka. – Ile bym dał, aby stać się z powrotem dzieckiem- Myślał. Zaczął wspominać swoich rodziców, wspólne zajęcia, zabawy, życie na dworku. Wróciły do niego gry, ćwiczenia, nauka, zafascynowanie wynalazkami, pierwsze wynalazki. Przypomniał sobie, gdy jako młody chłopiec chciał stworzyć maszynę, która ruszałaby się w nieskończoność. Było to łożysko, które miało składające i rozkładające się ramionka. Miało to działać tak, że po jednej stronie ramiona byłyby bliżej środka, a z drugiej byłby dalej, co powodowałoby zwiększenie pędu i ruch. Jednak przy przeprowadzaniu eksperymentu okazało się, że złożonych ramion jest więcej niż rozłożonych, co kompensowało siłę tworzoną przez rozłożone i całość po chwili wstawała w miejscu. Drugim pomysłem było wykorzystanie magnesów. Jednak tutaj też wszystko zawodziło. Lecz przy zabawach z magnesami zauważył, że w określonych warunkach odpychają się w dane strony. Zaczął się zastanawiać, czy możliwe jest takie ułożenie magnesów, aby spowodowały lewitację jakiejś rzeczy. Jednak tutaj też nie potrafił znaleźć konkretnych efektów. Wiedział, że to jest możliwe, ale nie wiedział jak. Z podróży myślami obudziło go bicie miejskiego zegara. Zbliżała się już trzynasta. Pociąg wyruszał o trzynastej trzydzieści i nie zamierzał czekać ani sekundy na naukowca. Ochocki ruszył więc jak najszybciej na stację, aby się nie spóźnić. Co prawda miał dość sporo czasu, ale cel również był dość daleko. Przemierzał szybkim krokiem kolejne uliczki. Poruszanie się po Warszawie sprawiało mu pewne kłopoty. Miasto było zbudowane bez składu, jakby ktoś losowo porozrzucał uliczki. Na pewno by się zgubił, gdyby nie znaki wskazujące kierunek do dworca. Same uliczki też mu nie ułatwiały odnalezienia drogi. Wąskie, zatłoczone, głośne, o nieprzyjemnym zapachu. Ciężko było przeciskać się przez tłum w rozsądnym tempie, ale nic innego nie dało się zrobić. Wpadł nawet na pomysł, żeby wynająć jakąś dorożkę, jednak pokonanie całego tłumu w pojeździe zajęłoby jeszcze dłużej niż na piechotę. Spojrzał się na zegar zawieszony na pobliskiej wieży. Czasu miał coraz mniej, a droga do pokonania dalej była dość długa. Spróbował zwiększyć tępo. Coraz mocniej przepychał się między ludźmi. Jego kroki stawały się coraz pewniejsze i cięższe. Zdenerwowani ludzie oglądali się za nim i wpijali w niego złowrogie spojrzenie. Nie zwracał na to uwagi. Zależało mu tylko, aby na czas znaleźć się na dworcu. Kolejne ulice mijały tak samo jak kolejne minuty. Tłum zdawał się stawać coraz rzadszy. Ułatwiło to szybkie poruszanie się. Parę ulic dalej już nie było praktycznie nikogo. Chód zamienił się w bieg. Dystans między nim a dworcem coraz szybciej stawał się krótszy.

            Nie minęło kilka minut i stał już przed wielkim napisem „Dworzec Warszawa Główna”. Wbiegł do środka i czym prędzej poszedł do kasy biletowej. Dworcowy zegar wskazywał trzynastą dwadzieścia siedem. Trzy minuty dzieliły go od odjazdu pociągu. Miał szczęście, bo przed kasą nie było żadnej kolejki. Kupiwszy bilet, pobiegł na peron nr 2, skąd miał odjechać. Pociąg jeszcze na niego czekał. Wszedł przez drzwi, w których stał biletowy i poczuł ulgę. Już pociąg mu nie ucieknie. Zajął najbliższe wolne miejsce i zaczął odpoczywać. Przebieżka po mieście zmęczyła go dosyć mocno. Siedział i uspokajał swój oddech. Dawno nie pokonywał takiego dystansu biegiem. Jego kondycja była dosyć słaba przez lata spędzone w laboratoriach. Potrzebował się czegoś napić, ale niestety nie było żadnego sklepiku w całym składzie. Jedyne wodę można było kupić u pań z wózkiem, które obsługiwały pasażerów, a one pojawiały się raz na około godzinę, więc musiał jeszcze trochę poczekać na ugaszenie swojego pragnienia. Aby przyspieszyć sobie upływ czasu, zaczął rozmyślać. Początkowo doszedł do wniosku, że dobrze zrobił, spiesząc się na pociąg, ponieważ mimo tego że miał gdzie nocować, to na następny pociąg musiałby czekać tydzień, w którym ani by nie mógł pomagać Wokulskiemu ani nie mógłby zająć się pracami nad maszyną latającą. Warto było zmęczyć się, aby nie zmarnować całego tygodnia z życia. Później do jego myśli wkradła się podróż pociągiem. Nie przepadał za tym środkiem lokomocji. Co prawda da się szybko dostać z miasta do miasta, ale jest się uzależnionym od rozkładu. Nie podobały mu się też polskie wagony. Stare, zniszczone, niezadbane. Ani pasażerowie, ani obsługa o to nie dbała. A gdyby ktoś się tym zajął, to bardzo przydatne pociągi mogłyby posłużyć znacznie dłużej, a i sam komfort jazdy byłby dużo większy. W środku wagonu panowała niemiła atmosfera. Brudne, szare ściany przyprawiały o mdłości. W środku unosił się dość niemiły zapach, a w niektórych miejscach pająki postanowiły stworzyć swoje pajęczyny. Na dodatek kilka okien było powybijanych, co chociaż w drobnym stopniu osłabiało nieprzyjemną woń. Taki był urok podróżowania polskimi pociągami. Ochocki znacznie bardziej lubił francuskie. Ładnie przystrojone, czyste, jasne, z zapachami najróżniejszych kwiatów. Miały też znacznie lepsze zawieszenie. Przynajmniej charakterystyczne przejeżdżanie po przerwach w torach nie sprawiało takiego dyskomfortu, w przeciwieństwie do polskich wagonów. Taka podróż nie była szczytem jego marzeń, ale niestety musiał ją przetrwać. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Zaczął patrzeć przez okno i oglądać krajobraz. Znajome pola przypominały mu, że już najwyższy czas, aby zabrać się za zbieranie plonów. Złocista pszenica falowała rytmicznie na wietrze, sprawiając wrażenie toni wodnej. Czerwone, dorodne jabłka aż prosiły się o zostanie zerwanymi. Jadąc dalej na zachód, zaczął dostrzegać, jak coraz więcej rolników zbierało swoje wspaniałe warzywa, owoce czy inne rośliny. Całe rodziny pracowały. Kobiety ścinały pędy pszenicy, dzieci je zbierały, a mężczyźni wiązali i układali na stosy. W sadach praca równie dobrze szła. W tym roku drzewa wyjątkowo obrodziły. Gałęzie uginały się aż do ziemi pod ciężarem owoców. W lasach również nie było pusto. Tętniły one życiem. Wszędzie hasały sarny, jelenie. Dziki wesoło ryły w ziemi. Zające kicały z miejsca na miejsce. Stada ptaków latały po niebie i szukały najlepszego miejsca do urządzenia sobie uczty. Cała przyroda żyła w pełni. Szczególną uwagę Ochockiego przykuła wielka locha z małymi warchlakami. Młode ustawiły się w półkole i bacznie obserwowały, jak ich mama coś robi. –Pewnie je czegoś uczy - myślał. W pewnym momencie naukowiec zamarzył sobie, żeby spędzić trochę czasu na wsi. Odpocząć od tego wielkomiejskiego zgiełku, odpocząć od trudów codziennego poszukiwania coraz to nowszych wynalazków, od wielkich planów stworzenia czegoś dla całej ludzkości. Chciał zająć się czymś przyziemnym, czymś, co mogło od niego wymagać trochę siły fizycznej, a nie umysłowej. Może pomógłby zrywać jabłka i nosić pełne skrzynie albo kopać ziemniaki. Nie pamiętał, kiedy to robił. Pewnie jeszcze jak był małym dzieckiem i pomagał służbie w domu. Pragnął przypomnieć sobie, jak to jest wykopywać z ziemi drobne bulwy, które dadzą pożywienie na następne kilka miesięcy. Taka z pozoru przyziemna czynność, a tak bardzo jej pragnął. Tak bardzo pragnął oderwać myśli dzięki pracy fizycznej i chociaż przez chwilę mieć zupełną pustkę w głowie. Pociąg pędził dalej, a zmęczony Ochocki zasnął. Nie śniło mu się nic. Obudziło go hamowanie pociągu. Myślał, że jest już na miejscu, ale okazało się, że to rutynowa kontrola na granicy. Strażnicy sprawdzali ważność dokumentów, bagaż i tym podobne rzeczy. Sprawdzili jeszcze, czy nigdzie nie ma schowanej kontrabandy. Szczególnie dokładnie oglądali podwozie pociągu. Gdy skończyli, słońce było już bardzo blisko horyzontu. Wyjątkowo długo zajęła ta kontrola, lecz w końcu wyruszyli w dalszą drogę. Póki było dość jasno, Ochocki oglądał niemiecki krajobraz. Różnił się on znacznie od polskiego. Pola były ułożone w sposób bardziej uporządkowany. Każda granica była wyraźnie zaznaczona. Same pola również były znacznie większe. Podczas gdy na sześciu hektarach u Polaków mieściło się pole pszenicy, sad jabłoni i trochę ogrodu warzywnego, u Niemców nie była to nawet połowa jednego pola zboża. Słońce już całkowicie zaszło i zapanowała ciemność. Na zewnątrz nie było już praktycznie nic widać, tym bardziej że księżyc był w nowiu. Naukowiec potrzebował odpoczynku, więc zamknął oczy i próbował zasnąć. Męczył się dosyć długo, ale w końcu się mu udało. Znów obudziło go hamowanie pociągu. Otworzył oczy, podniósł się i zauważył napis: „Munchen Haputbanhof”. – No to teraz druga część podróży- Pomyślał.

Piotr Chmielowiec